Paradoks

Jakiś taki czuję się bez siły. Walka ze stresem jest wyczerpująca, a do tego nie ma tu nikogo kto mógłby mnie w jakiś sposób wysłuchać i zrozumieć. Kiedyś zabiegałem o jedną taką osobę i okazało się, że dostałem jakby w twarz. To mocno osadziło się we mnie i nie dawało mi spokoju aż do teraz, a przecież to było tak dawno. Nadal się boję, że to będzie miało wpływ na moje dalsze życie, mimo że może już dawno powinienem był się i z tego otrząsnąć, lecz wiadomo jak to w życiu bywa… Gdyby to była tylko ta jedna sytuacja, to człowiek przymknąłby oko, ale tego było znacznie więcej. Z większością sobie poradziłem. Tamto jednak chyba jeszcze tkwi we mnie jako cios, który może i faktycznie miał mnie ratować albo po prostu mnie oddzielić murem od tej osoby, gdyż może tak wolała i tak dla niej może było lepiej. Dziś nikt nie zabiega o znajomość ze mną. Często zastanawiam się jak tu kogoś poznać, gdy chyba każdy samotny jest pogrążony w swoim świecie i nie mają ludzie chęci na zadawanie się ze mną albo nowe znajomości. Byłem mocno pogrążony w odmęcie narkotyków i nikt nie chciał ze mną nawet porozmawiać. Każdy się wypiął na mnie myśląc chyba tylko i wyłącznie o swoich własnych czterech literach i chyba tylko o tym gdzie jest lepiej byle nie ze mną… Tak to czuję. Takie są realia, bo przecież oprócz Pawła, który chyba do mnie też ma jakieś ale, nie ma tu nikogo i nikt tu już od dawna nie zagląda, gdzie mieszkam. Może by sobie kota sprowadził? Ludzie chyba dzielą się na dwie kategorie: tych co pożądają atrakcji i tych, którzy tych wymagań nie mogą spełnić. Dlatego właśnie zacząłem rysować, żeby nadążyć za tymi pierwszymi myśląc, że tym coś ugram, że ktoś może zauważy moje wysiłki i we mnie człowieka. Nie, tak się nie dzieje. Gdy tylko wspominam o swojej niepełnosprawności albo o przeszłości ludzie odchodzą. Co mam sobie myśleć? Jedynym rozwiązaniem jest dotrwać do śmierci i dać sobie spokój i piszę to z właściwym sobie spokojem, bo już też mam dosyć milczenia na wszelkie tematy, które są dla mnie „niebezpieczne”. Nikogo to nie porusza co piszę. Byłby jakiś odzew, reakcja, a tymczasem zastój i nie wiem jak z tym problemem sobie poradzić, bo może powinienem był dostać tę cząstkę akceptacji gdzieś, o którą tak bardzo non stop zabiegałem… Chyba nie ma dla mnie czegoś takiego jak zrozumienie. Jest tylko ostra konkurencja. Kto pierwszy ten lepszy. Kto szybszy ten lepszy. Kto wydajniejszy ten lepszy. Selekcja naturalna. Chyba po prostu wypadłem z gry o spokój i nawet tego nie zauważyłem. Chciałbym dożyć dni, w których nie musiałbym się martwić o nic. Nie musiałbym obawiać się, że ktoś zniknie, nie musiałbym się starać, zabiegać, bo ktoś po prostu byłby człowiekiem, a nie kalkulatorem. Tak postrzegam ludzi, jako kalkulatory, co obliczają, iż coś im się opłaca lub nie i to na tle znajomości, więc je kontynuują lub nie, nie ma inaczej… Dlatego czasem tęsknię za znajomościami z przeszłości, bo mimo że tam działo się źle, to przynajmniej jakieś one były. Pan psycholog natomiast skutecznie rad udzielił by się od takich znajomości odciąć. Powinien za to na księżycu wylądować, może wtedy miałbym trochę spokoju, bo tak czy owak od znajomości moich oddzieliłem się. Później okazywało się, że i tak nie mają dla mnie czasu. No, cóż… Każdy w jakimś momencie życia przestaje mieć czas dla drugiej osoby, z którą łączyło ich tak sporo. To zupełnie normalne i nie ma się tu co dziwić. Każdy sobie jakoś poradzi, przecież nikt nie będzie czekał do usranej śmierci z założonymi rękami, a zwłaszcza już nie popełni samobójstwa, bo przecież wszystko mija, wszystko ma swój czas, a po burzy wychodzi słońce. Paradoksem jest, że niektórym się nie udaje i mimo że mają pod górkę, to jeszcze im się na grzbiet zarzuca jeszcze większe ciężary, jakby tego co mają było mało.

Muszę walczyć nadal jednak o swoje przetrwanie, może jedynie tylko o wegetację, ale jednak o jakieś życie dla siebie, w którym rzeczywiście by mi się coś chciało, coś chciało robić, ale może to tylko zmęczenie codzienną pracą ze mnie wyłazi i niedocenienie tego przeze mnie jak w ślad za tym poszedłem, co napisała mi o mnie pewna moja koleżanka za dawnych lat… Męczę się z tym niestety już bardzo długo. Kolejny dla mnie dzień to walka o motywację. Czasami nie mam siły już i się poddaję. Tak jak z tym tytoniem. Dociera do mnie, że miałbym pewnie więcej siły i był bliżej mojej esencji. W tych warunkach jednak musiałem polec. To była moja jedyna obrona przed niechcianymi emocjami na ten czas. Trochę się doładować tytoniem. Nic więcej.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
artysta.net - artystyczna strona Internetu
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.