Boże, jak ja bym chciał teraz coś. Dlatego zacząłem pisać, bo muszę się jakoś rozładować emocjonalnie, a pisanie mi temu sprzyja. Dzisiaj to był jedne z lepszych dni w moim ostatnim dłuższym okresie życia. Byłem w lesie i słyszałem na obrzeżach ptaki. Już słychać wiosnę, temperatura też sprzyja. Najbardziej jednak podobało mi się to, że przypomniało mi się jak kiedyś przy okazji podobnej pogody i pory dnia poszedłem do lasu i tam rysowałem węglem. Mogłem mieć wówczas z piętnaście lat. Szło mi to opornie, ale dumny byłem z mojej pracy, mimo że liczyłem na więcej w kontekście jej wykonania. Teraz czuję się podobnie już na samą myśl o tamtym wspomnieniu. Moje rysowanie wtedy było bardzo niepewne, teraz może lepiej bym sobie poradził z tamtym tematem. Naszła mnie też taka refleksja, że mógłbym zrobić zdjęcie jakiegoś ciekawszego kawałka przyrody i nawet spróbować je namalować do sprzedaży. Może bym mógł się tak postarać, że wyszłoby interesująco. Może to już nie dzisiaj, może jeszcze powinienem poćwiczyć zanim wziąłbym się za taki temat. Chyba jednak coś w tym jest, w malowaniu takiego obrazu. Najbardziej bym chciał, żebym jednak mnie się podobało to malowanie, bo trochę czuję niechęć ze względu na to, że coś mogłoby nie udać się tak jak bym chciał, żeby to wyglądało. Musiałbym pewnie spróbować. W tym lesie czułem się naprawdę nieźle. Dawno już tak nie było. Jeszcze długo wstecz nie mogłem znaleźć tej cząstki spokoju jaka z niego emanowała przez cały czas. Coś było we mnie na długo zamknięte. Teraz jakby się otwierało. To mi się podoba, bo chciałbym mieć takie miejsca, do których mógłbym wracać i gdzie mógłbym doznać coś na kształt ukojenia czy relaksu. Dotąd jedynie czułem się jak martwe drewno. Nic nie czułem w związku z tym, że gdzieś byłem. Jedynie pustka we mnie krzyczała, że daleko do domu, że to nie to, bo ciągle tego ukojenia gdzieś wiecznie szukałem. Zaczęło mnie dziwić, kiedy ono nadeszło i wciąż ze mną było. To było naprawdę zastanawiające. Trochę mi się nie podobało, że ptaki śpiewały prawie tylko na obrzeżach. Trochę się bałem, że mój przejmujący mnie spokój wraz z oddalaniem się od nich zniknie. Nic takiego się nie zdarzyło. Dziś chyba będę miał jeszcze lepiej przespaną noc, co mnie powinno jeszcze bardziej zrelaksować niż poprzednio.
Sen był właściwie spokojny do pewnego momentu, w którym zrobiłem coś dziwnego. To już było dawno, co mogło spowodować taką zależność. Reakcja tej osoby we śnie też była raczej zgoła inna niż mógłbym się tego spodziewać, co doprowadziło mnie do tego, że znalazłem się w przypadkowej sytuacji, z której ktoś nie chciał mi dać wyjścia, a ja musiałem się też umyć. Łazienka była na parterze, ale lepiej było to zrobić na górnych piętrach, a najlepiej najwyżej. Tam jednak panował co raz większy ucisk, że musiałem się wycofywać. Jakieś osoby zatrzymywały mnie i nie wiedziałem, czy mnie puszczą. To było dziwne, bo były to kobiety w moim wieku całkiem ładne i przystępne, ale dziwiły się mi jednak, więc chciałem iść dalej. Nie zastępowały mi drogi na długo i w końcu ktoś postanowił mi pomóc w przejściu, a potem okazało się, że i on czegoś jednak ode mnie chce. Krzyczałem, żeby dał mi spokój. On jednak nie dawał za wygraną. W tym śnie była też moja matka, która mówiła, żebym mu nic nie mówił takiego, bo mieliby powody, żeby mnie zamknąć. Też poczułem, że to na moją korzyść i czułem już przewagę psychologiczną. Sen się skończył, a ja czułem, że mocno chce mi się spać, ale nie zasnąłem już, bo już przespałem dosyć długo, więc wystarczy. Wczorajsza medytacja tez była inna niż przez długi czas. Rozpatruję to wszystko na gruncie psychologicznym, bo kiedyś uwierzyłem, że to może mi pomóc rozwiązać swoje problemy natury osobistej. Byłem bardzo zamknięty w sobie i odrętwiały bez żadnej woli walki do działania. Ciągle szukałem wyjścia z tej patowej sytuacji. Trafiłem na medytację, ale ta nie dawała nic wielkiego. Jej działanie mam wrażenie, że jednak pogłębia się we mnie, bo zastanawiają mnie stany, które się w niej pojawiają. Sen chyba jest rozwinięciem tych stanów, bo medytuję przed pójściem spać. Dobrze jest znać swoją psychikę, dlatego też piszę te zapiski.
Ogólnie odżywa we mnie moje wnętrze, które było martwe przez długie ponad dwadzieścia lat. Palenie trawy i branie innych narkotyków to sprawiło, że byłem jak kłoda. Odzywanie dzieje się bardzo powoli jakby na głębszym poziomie. Cieszy mnie to niejednokrotnie i sprawia, że spokojniej mogę zaczynać patrzeć w przyszłość. Jeśli tak dalej pójdzie może nie będę miał problemów by pójść do pracy. Tutaj występuje u mnie ta trudność, że trzeba być w niej regularnie. Chyba też dojrzewam jednocześnie do czegoś większego w moim życiu niż bycie samemu, bo zaczynam co raz więcej zauważać, a także to jak mógłbym w takich sytuacjach reagować. Wcześniej nie miałem takich przemyśleń i byłem raczej tylko powodowany strachem… Teraz mam coś jeszcze. Są to swoje własne przemyślenia związane z rzeczywistością zastaną. Może byłoby mi coś jeszcze potrzebne w co mógłbym się uzbroić, ale jak na razie wszystko mam czego mi potrzeba, bo jak na swój wiek niektórych rzeczy już tak nie ogarnę raczej jak mógłbym kiedyś, a wtedy się o tym nie myślało. Nie było za bardzo takiej potrzeby. Nikt nikogo zbytnio nie ruszał by się z wzmacniać do potęgi nietykalności, chociaż teraz widzę, że to byłoby niezłe umieć np. też jakieś sztuki walki. Mając tę świadomość, którą mam dzisiaj inaczej bym zaplanował swoje życie. Też jednak chciałem tak zrobić, jednak moja matka się chyba bała, że mogą być z tego tylko kłopoty, więc nie miałem pozwolenia by uczyć się sztuk walki, a szkoda trochę, bo zawsze wyćwiczone ciało bardziej to lepiej dla człowieka. Jednak nie staram się obrastać w tłuszcz. W miarę dni jak zaczynam ożywać to ruszam się trochę by tez nabrać siły nie tylko przez jedzenie. To jest dla mnie dobre, więc może w tych snach będę mógł zaczynać sobie jakoś radzić, co do tej pory zaczynało się zdarzać.
Nie jest tak źle jak by się zdawało. Moje siły są chyba już w stanie wzrostu. Do niedawna nie było to możliwe, a już czuję, że jest co raz lepiej, bo na coś napływają mi chęci, tylko nie za bardzo jeszcze wiem na co. Może to jednak będzie związane z grafiką, ale od tego musiałbym przez te kilka, może więcej dni odpocząć, żeby przemyśleć, czy chcę się wziąć za to na poważnie. Wiem z czym muszę jeszcze zrobić porządek, żeby mieć jeszcze więcej siły i żeby byłą stabilna. To nie będzie łatwe, bo moje próby spełzły jak na razie na niczym niestety. Nie jest to już tak dużo do zrobienia jak było, ale jeszcze przydałoby się i to zrobić. Nie za bardzo wiem jeszcze, czym bym chciał się zając w moim życiu, ale moje myśli już wokół tego krążą i myślę, że to kwestia czasu, gdy ustali się we mnie plan działania, który będę konsekwentnie realizował. Chodzi mi o obszar zawodowy. To dla mnie najważniejsze w tej chwili by do tego doszło, abym mógł znaleźć swoją niszę, w której mógłbym się zacząć realizować bez obaw, że się nie uda. Przydałoby się trochę pieniędzy. Potrzeba niestety też trochę wytrwałości, ale i pewności, że to jest to, co chciałbym realizować. Dotąd miałem mnóstwo roboty z ogarnianiem swojego życia i nie czułem się najlepiej by być na tym etapie na jakim jestem dzisiaj. Potrzeba mi jeszcze trochę czasu by móc zakotwiczyć się w swoim samopoczuciu, bo już czuję, że zostało ono nieco naruszone przez moją ułomność w stosunku do palenia tytoniu. Nie udało mi się jeszcze rzucić, ale może będę miał większą motywację już niedługo, gdyby okazało się, że to od tego tak trochę jednak gorzej się czuję niż mógłbym. Nie jest to za fajna sytuacja. Zwłaszcza, że dużą część życia poświęciłem na leczenie się z objawów zmęczenia i robiłem wszystko by temu zapobiec. To było strasznie męczące i frustrujące, że nie mogłem sobie z tym poradzić. Nic na mnie nie działało. Próbowałem natomiast wiele… Teraz jest czas, że czuję się nieco lepiej. Jeszcze trochę popalę, może to mnie zrelaksuje i przystąpię jak zwykle do rzucenia. To nie jest łatwe. Będę musiał kupić jakieś środki farmakologiczne, a już byłem od nic nieco wyczerpany, dlatego nie chciałem ich brać… Głód był już jednak silniejszy i skapitulowałem. Myślę jednak, że może by się udało odzyskać tę część energii, którą tracę… Mógłbym wtedy czuć się dobrze i myśleć o dalszym rozwoju.
Kurczę, nie mam pomysłu na bycie ekspertem. Trzeba się niby czymś zajmować, ale mnie tak nie bardzo interesuje to czy się zajmuję. Gdybym tylko się lepiej czuł w tym obszarze, to już byłby sukces… Wstaję z myślą, że nigdzie nie chcę iść, że nawet nic nie chcę robić. Kiedyś było gorzej, ale moje działania nadal są nastawione na zysk, a nie na świetną zabawę i to mnie w pewien sposób zatrzymuje. Bo co by się stało, gdybym miał jakiś twórczy pomysł? Nie chciałoby mi się go i tak realizować. Wciąż wydaje mi się, że mam za dużo nałożone pracy, a za mało możliwości rozrywki. Po prostu nie cieszy mnie, co dotąd robiłem, żeby no właśnie co… Nie po to jeździłem na imprezy by się zrelaksować, a po to by być w grupie, która nic mi nie dawała poza braniem wspólnie narkotyków. Znowu jakiś dół się przypałętał. Kolejny problem, który jest nierozwiązany. Szkolenie się i praca – to dla mnie o połowę za dużo. Są dziedziny, które mi łatwiej przychodzą jako nauka i szukam tu jakiegoś ale… Przebłysk z klimatu z przeszłości był tylko błyskiem jakby niczym trwałym. Wczoraj przez tak wczesną pobudkę byłem jednak kopnięty nieco, mimo że nadal miałem trochę siły po serze. Genialność umysłu może nie w tym, że coś ciągle się wynajduje, ale bardziej w tym, że też się i odpoczywa. Coś co by mnie napędzało, to dzieło, które byłoby zauważone. Coś, dzięki czemu mógłbym powiedzieć: stop, tu jest moja granica, że w tym miejscu mógłbym dać sobie na luz, bo już byłbym pewien swoich umiejętności. Wszystko wymaga trudu i to mi się nie podoba, więc znów szukam czegoś, żeby było mi łatwiej znieść to, że trzeba coś robić. Jakiejś inspiracji szukam do mych działań, a przecież wiem, że ta nie nadchodzi choćbym nie wiem co. Chyba to palenie tytoniu mnie nadal tak rozbraja. Kolejny dzień i znów zmaganie się z samym sobą. Nie jest to już takie dojmujące jak niegdyś, gdy działanie w ogóle było niemożliwe. Nadal jednak nie mogę pozwolić sobie na to, żeby nie pracować, by podziwiać moje dokonania. Bo co tu podziwiać jak się widzi tylko wciąż swoje błędy albo brak jest jakiegokolwiek postępu. Chciałoby się by zwykła praca nie była taka ciężka. Nie wiem tylko, czy taka będzie. To jest właśnie opór, którego źródło chciałbym poznać. Podobno poznając źródło jesteśmy się w stanie z tego wyzwolić, po to ta cała medytacja, a na psychoterapię nie pójdę, bo mi lekarz zabronił. Czasami nie ma już sił by o tym mówić. Kupuję kolejną książkę, która miałaby okazać się motywatorem i odkładam, nie czytam, nie mam chęci. Może to nie ciekawe, nie wiem, co jest ciekawe. Do tego chciałbym dojść. Rozmowa z kimś zaufanym mogłaby pomóc albo znów ktoś nie chciałby słuchać, może nawet zamknąłby mnie n resztę lat w psychiatryku. To są moje wakacje, psychiatryk i klamka zamknięta. Najlepsze lata życia, które byłyby nastawione na rozwój przepadły. Teraz co? Znowu udręka, że nie ma się spokoju, bo wciąż trzeba nadrabiać. Wciąż trzeba nadkładać tej pracy by wyjść z tych okowów… Chciałbym znaleźć człowieka przy którym tworzenie byłoby samorozwojem takim napędzanym od wewnątrz. Tu nastąpiła zdrada, bo ten człowiek był, ale się zmył. Znowu, że to moja wina, bo znów byłem nie taki jak potrzeba. Znowu ktoś chciał mnie wychować swoim ignorowaniem mnie i milczeniem. Razem się świetnie bawią, a nie pozostawiają z niczym i chciałbym spotkać człowieka, który by to rozumiał i nie zapędzał się w oddalanie się ode mnie, bo już bym wszystko wiedział co mam robić, że trzeba tylko pracować. Czego ja bym mógł się spodziewać po takiej rozmowie? Nie jest mną i nie zobaczy w moim wnętrzu drzazgi albo nie postanowi za mnie inaczej. Podobno wszystko jest we mnie, co mi potrzebne do zrozumienia siebie i mojego problemu. W psychiatrii mówią tu o objawach negatywnych, czyli tli się we mnie jeszcze coś, ale nie ma paliwa by zaistniał płomień, więc co jest tym paliwem i tak można w nieskończoność. Wewnętrzna motywacja to coś czego mi brak. Zmuszam się każdego dnia do jakiegokolwiek działania, a kiedy robię coś innego mój mózg przekazuje mi informacje, że tracę czas, co powoduje u mnie stres, więc znów nie odpoczywam, bo się stresuję, że zaległości jest zbyt dużo, że nachodzą na to nowe, że gdybym popracował szybciej byłbym u celu. Czy jest na to jakieś rozwiązanie? Kolejną książkę chyba trzeba kupić, bo lekarz nie dopuszcza mnie na psychoterapię… Może ta książka by pomogła, gdyby była o tym o czym tu piszę. Może nigdy dotąd nie pracowałem na poważnie, żeby wiedzieć czym jest trud i opór. Może ciągła motywacja, a przynajmniej ta przy pracy jest tylko złudzeniem jakiegoś nawiedzonego coacha. Może to wszystko kłamstwo i wszyscy się z tym trudem mierzą…
Waha się we mnie więc optymizm z oporem na jednej huśtawce. Praca marzeń – może coś takiego w ogóle nie istnieje. Chociaż, żeby polubić to zajęcie, które miałoby się wykonywać, chociaż trochę polubić, to by było dobre. Kiedyś nawet miałem takie zajęcie, ale stawało się ono co raz trudniejsze wraz z moim co raz większym niedomaganiem. Było to graffiti. Nie miałem z tego prawie nic, poza satysfakcją, że zrobiłem nowy projekt na ścianie. Czułem się wtedy wolny. Satysfakcjonujące było samo malowanie sprayem, ale nie rozwijałem tego już później. Narkotyki zbyt mocno wdarły się w moją rzeczywistość i one teraz stały się najważniejsze. Nawet próbowałem, żeby to one mnie napędzały, ale to też nic nie dawało, więc gdzie jest ta cząstka, którą zgubiłem już kiedyś? Gdzie ta chęć i motywacja do tego by stworzyć kolejne dzieło, nad którym można byłoby w dalszej swojej konsekwencji pracować w innym projekcie? Kto miałby mnie zrozumieć? Czyżby te panie, które ignorowały mnie, a ja za nimi dążyłem by sprostać ich wymaganiom? Tak mi podopowiada świadomość. Jak tu teraz się wyzwolić od tego by coś przynosiło realną satysfakcję i zadowolenie? Na pewno nie jest to piwo, bo po tym tylko zaliczyłbym dół i nic nie zrobiłbym więcej. Może jest jakiś sposób bez tego i muszę chyba tego wszystkiego dociekać, bo inaczej nie da mi to spokoju, a ja zostanę na etapie gruzowiska w moim życiu… Zna ktoś takie rozwiązanie, żeby znowu nie utknąć i żeby praca posuwała się na przód? Tak samo z siebie mogłoby to wyjść, ale czuję, że jeśli nie pomogę temu pisaniem to nic z tego nie będzie. Nawet nie wiem, czy chcę to publikować, bo kto by to czytał i co ro miałoby wnieść do czyjegoś życia… Przydałby się entuzjazm w tych moich postach, a tu ciągłe lawirowanie w kółko. To magiczne czasy minęły, pełne zagadek i labiryntu, w którym byłem. Ciągle jakieś niedopowiedzenia, bardziej odczuwanie sytuacji niż realna świadomość ich znaczenia. To było wszystko chore. Nawet zamknąłem ten okres w pewnym obrazie olejnym, który mam w swoim pokoju. Może mi ktoś kiedyś odpowie na pytanie: po co to wszystko było. Myślę, że człowiek rodzi się z sensem, a nie musi ten sens na nowo odkrywać. Ten rok i tak jest lepszy od dwudziestu poprzednich. To zaczyna się już jakieś coś, czego nie można jeszcze nazwać życiem, ani odwilżą, ale jakieś przebłyski świadomości już istnieją, że może wszystko zmieni się na lepsze. Niewiele w sumie potrzeba. To jest chęć tworzenia, to najbardziej potrzebne albo i też coś w rodzaju miejsca wypoczynku. Tak, potrzebne coś takiego jak takie miejsce. Coś, gdzie można do tego wracać i nie przejmować się niczym wiedząc, że wszystko jest na dobrej drodze rozwoju. Na razie nic takiego nie ma. Na razie były tylko dwa tego przebłyski. Jeden podczas jesieni ubiegłego roku, a drugi niedawno w lesie.
