Nie wszystko w życiu idzie tak jak by się chciało, zwłaszcza, gdy się tego życia uprzednio nie planuje i jest ono spontaniczne, co nie znaczy, że trzeba usilnie się strać by wszystko było dopięte na ostatni guzik, zwłaszcza, że to może wprowadzić podwójny chaos, ale kiedyś dojrzewa się do tej myśli, że wszystko mogłoby być inaczej, gdyby się wcześniej o tym pomyślało z jakąś dozą przewidywalności, z jakimś planem. Niestety, ja taki mądry za młodu nie byłem jak uważam teraz i to co mógłbym osiągnąć szybciej i co teraz by się przydało, bo wydaje się to fajne, to teraz muszę się starać nad tym, żeby moje życie takie było jak chcę. Wielu ludzi może mieć dodatkowy problem związany z tym, że nie są dostatecznie zmotywowani by ciągnąć kawałek pracy ze sobą do momentu aż ta stanie się ich sposobem na życie, ich pasją. Nie jest to łatwe, jeśli coś zaprząta jeszcze głowę dodatkowo oprócz np. pracy zawodowej, a po tej też można być już tak zmęczonym, że nie zależy już człowiekowi na niczym innym jak odpocząć i nie ma wtedy czasu na nic innego. Wszelkie działania wtedy związane z hobby mogą odwlekać się w nieskończoność, a nawyki, które się posiada mogą dodatkowo uniemożliwiać osiągnięcie tego, co tak bardzo niekiedy chciałoby się mieć. To jest teraz mądre pisanie, bo mądry Polak po szkodzie.
Swego czasu też zdążyłem niemal przegrać całe swoje życie, lecz jakimś cudem udało mi się z tego wyjść i dziś mogę powiedzieć, ze walczę tylko ze swoimi demonami w głowie, które mi podpowiadają, że to co robię może wcale nie ma sensu. Owszem, z niektórych zajęć się wycofałem, ale jest kilka, które kontynuuję, a dwa z nich nawet dosyć lubię, lecz też muszę być wypoczęty by je robić i to jest bardzo ważne. Tym pisaniem się relaksuję przed tym co zamierzam. Uczę się uczyć. Stopniuję czy może raczej dawkuję sobie pracę, z którą postanowiłem się mierzyć. Zacząłem po prostu pewnego dnia rozmyślać albo raczej przypiliło mnie, że ja nie mam żadnego zajęcia, które byłoby dla mnie w jakiś sposób choć trochę obiecujące względem tego, że nic nie robiłem, bo nie czułem się na siłach. Wszystko wydawało mi się trudne, nadal łatwe nie jest, ale część już pracy za mną, nawet spora część i wszystko, co ma rzeczywiście większy sens w życiu, w porównaniu z tym co było dotąd, zostało przeze mnie zaczęte iw jakiś sposób jest nawet kontynuowane. Mam wiele szczęścia, skoro potrafiłem się zmusić do tak wytężonej pracy nad rysunkiem. To nie jest dla mnie łatwe szkolić się samemu czy z kimś w odwzorowywaniu rzeczywistości takiej jaką ona jest niemalże każdego dnia. Musze sobie robić przerwy, choć te irytowały mnie jeszcze nie tak dawno, a to z powodu ciśnienia jakie miałem by być jak najszybciej z umiejętnością jak najlepszego rysowanie realistycznego. Poświęciłem temu zajęciu już sporo czasu i samo to nie pozwala mi już odrzucić tego, mimo że zdarzają się chwile, w których mówię sobie, że nigdy więcej, że nikt mnie nie przekona do tworzenia i nauki w tym kierunku… Odkładam wtedy wszystko przekonany, że już w życiu rysunkiem się nie zajmę. Mija wtedy dosyć dużo czasu i gdyby nie to, że inne zajęcia już zupełnie nie są skorelowane z moim wyobrażeniem o nich, to bym już do szkicowania nie wracał. Tak, jest to dla mnie trudne. Najlepiej, gdybym już jakimś magicznym sposobem zyskał większe umiejętności w tym zakresie, o którym myślę, ale nie ma takiej możliwości. Trzeba to wypracować samemu. Obecnie jestem chyba na etapie klarowania się we mnie jakiegoś planu, że przerwy też są wpisane w rozwój. Wszystko poszło do przodu przez te ładne kilka lat i nawet zacząłem rysowanie traktować poważniej niż na samym początku, ale efekty nadal mogłyby być dla nie bardziej zadowalające. Już jednak nie frustruję się tym aż przesadnie, choć to uczucie było we mnie nagminne i wątpliwość, czy kiedyś uda mi się w ogóle dobrze albo jakoś przynajmniej tak w miarę coś narysować. Mijały dnia, miesiące, lata, a ja wiedziałem, że tylko praktyka może mnie do tego doprowadzić i że każdy rysunek to przyspiesza. Mój poziom w tej chwili waha się. Bo czasem wychodzą dosyć interesujące i dopracowane prace, a niekiedy totalne bohomazy jakbym zupełnie po raz pierwszy podszedł do tego zajęcia. Dzieje się tak, dlatego że wówczas już długo pracuję bez przerwy i jestem tą monotonią przemęczony. Wtedy znowu się załamuję, że jest co raz gorzej, a miało być lepiej. Myślę wtedy, że już nic z tego nie będzie, że jestem nieudolnym rysownikiem. Niekiedy wtedy rezygnuję z kontynuowania ze świadomością, że to już koniec. Dziwnym splotem okoliczności jak dotąd wracam do wspomnianego zajęcia, mimo że nadal mam trudności w lubieniu go.
Dzień się zaczął pełną parą, bo już dziewiąta rano, a już go po części nienawidzę, bo coś rysowałem… Portret jak zwykle i ze zdjęcia. Wiem, że nie powinno się tak rysować, ale nic innego ciekawszego na daną chwilę nie mogłem znaleźć… Dziwne to trochę, bo już kilka razy rysowałem portrety na zamówienie i jakby mi wychodziły wcześniej lepiej. Dlaczego tak się stało, że mój rysunek stał się słabszy? Po prostu może wtedy bardziej uważałem na to co robiłem, a teraz większą wagę przykładam do czegoś innego. Chcę, żeby to się stało dla mnie zajęciem relaksującym, więc rysuję bez presji. Ważne jest dla mnie by ćwiczenie zostało wykonane. To już jest jakiś postęp. Może też to gra rolę, że obiekty, które przerysowuję są na tyle małe, że trudno czasem złapać podobieństwo, choć raczej chodzi o jeszcze moją nieumiejętność. Kiedyś było to bardziej stresujące zajęcie. Teraz zyskałem jakiś komfort pracy i to, że mi nie wychodzi tak jak mogłoby, zupełnie się tym prawie już nie przejmuję. Kiedyś to byłą dla mnie frustracja cała ta porażka. Dziś traktuję to jako lekcję, że w dalszym ciągu pracuję nad warsztatem. Trwało to długo zanim się przyzwyczaiłem do popełniania błędów. Powiedziałbym też szczerze, że wolę popełnić błąd w rozumieniu, że jeszcze się uczę niż stresować się, być pod presją, że coś musi się udać i tworzyć lepsze prace. To zajęcie, jak i inne również najlepiej jest, gdy się je choć trochę lubi. Kiepsko jest, gdy to źródło frustracji, choć ten etap w rysowaniu też trzeba przejść jakoś samodzielnie i sobie z nim poradzić. Takie jest dla mnie rysowanie, wymagające, choć już zauważyłem, że zyskuję pewien komfort, swobodę w rysowaniu i z tego wynika jakiś rodzaj spokoju, bo robię coś co niekoniecznie jest już takie jak chciałbym, żeby to wyglądało, ale moje błędy już mnie tak nie frustrują jak kiedyś. Następuje tu rozwój, czyli kolejny etap nauki rysunku już jest za mną.
Kolejny dzień minął, już nawet jest po nocy. Chyba nigdy od około trzydziestu lat się nie wyspałem tak jak dzisiaj, a miałem przez ten czas spore problemy. Może energii mi wystarczy nawet na cały dzień. Jest się z czego cieszyć. Chyba zdrowieję. Zauważyłem też, że chyba nigdy nie śmiałem się z moim ojcem, a ma już swój zaawansowany wiek. Mam nadzieję, że będzie jeszcze długo żył i dobrze mieć takiego ojca jak ja mam i w ogóle takich rodziców, mimo że bywało różnie. Mam naprawdę dużo szczęścia urodzić się w takiej, a nie innej rodzinie. Sporo się działo nieprzyjemnego w czasie moich wybryków z narkotykami, ale to już temat zamknięty. Teraz skupiam się na rozwoju osobistym, że może kiedyś, może nawet nie za tak długi czas będę mógł dostać lepszą pracę niż mógłbym do tej pory. To wszystko dla mnie ważne jak dotąd nie było. Sztuczna inteligencja mi pomaga w nauce opanowania programów komputerowych do grafiki i sporo dowiaduję się też o projektowaniu graficznym. Nie muszę tego szukać po nie wiadomo ilu książkach czy filmikach edukacyjnych. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Na drugą połowę życia zrobiłem się zdyscyplinowany i bardziej chętny do nauki niż byłem przez ten czas do niedawna. To dobrze. Odkryłem wreszcie swój mały sens, a tego tak bardzo mi brakowało. Dotąd inne sprawy zaprzątały mi głowę. Trochę nie mogę tak od razu po przebudzeniu wziąć się za materiał dydaktyczny, trochę muszę się rozbudzić, ale dziś chyba też sporo się nauczę, zwłaszcza że wyspany jestem co niemiara i nie było tak od wielu, wielu lat… Jakaś radość jest we mnie, że technika nam sprzyja, że można wyciągnąć z niej więcej niż było to możliwe do tej pory. Nie wiem, może to głupie, ale przez to też zaczynam czuć sens życia, o który tak długo walczyłem. Nagle przychodzi jak olśnienie. Niezapowiedziany. Jak najbardziej proszony. Można się rozmarzyć…
Czas jest najważniejszy dla mnie w życiu. Stan, w którym nic człowiekowi nie przeszkadza być twórczym. To coś na pograniczu weny i siły do działania… Takiego stanu szukałem w książkach, audycjach, u psychologów, wszędzie, gdzie się dało. Niektóre treści były kojące, ale czuję, że pewien etap podróży już za mną i chyba czuję się tak jak wtedy, gdy miałem piętnaście lat i robiłem moje jedne z pierwszych projektów graffiti. Dużo nad tym pracowałem by dojść do takiego stanu. Można by uznać, że wchodzę w stabilność, że już zmęczenie będzie tylko po wytężonej pracy, a nie jak do niedawna z samego rana już po przebudzeniu się. Czułem wcześniej ten stan, że przychodzi, ale ciągle był oddalony ode mnie jakby za szybą. To bardzo mi utrudniało mi pełne działanie, ale jest progres i tu mógłbym się nad tym zatrzymać jak było we wczesnej młodości i zmarnować ten czas. A dlaczego wtedy taki byłem? Zrządzeniem losu, zupełnym przypadkiem, niezaplanowanym i nie zależnym ode mnie. Nie upierałem się przy tym by być leniwym. Miałem marzenie, żeby mieć swój własny kącik, w którym czułbym się zmotywowany do działania i skupiony na tym, co akurat miałoby być ważne, czyli wówczas na nauce z książek. Nie każdy to może mieć i jak wtedy tego nie miałem, ale brakowało mi tego, a mimo to, gdy organizowałem sobie takie miejsce, to zaraz czułem się w nim rozproszony i zaczynało mi się ono szybko nudzić. To nie było zatem to co teraz czuję. Wiem, że musi się dzień rozkręcić nieco bym mógł przejść do właściwej pracy, ale to nie jest już tym co było kiedyś i jeszcze do niedawna. Chyba zaczynam osiągać ten punkt produktywności dopiero teraz, gdy mam już te swoje czterdzieści cztery lata i to w tym momencie mojego życia też jest satysfakcjonujące, bo nie czuję się już jak jeszcze do niedawna. Teraz mogę zupełnie więcej, czuję sens i zamierzam to dobrze wykorzystać. Może nawet będę kimś w życiu więcej niż zanosiło się dotąd. Na pewno tak będzie, już jestem kimś ważnym dla samego siebie. Raczej widzę w sobie pozytyw, a wady też mam, ale już nie mają one dla mnie takiego znaczenia. Teraz praca jest dla mnie najważniejsza. Praca nad prostymi rzeczami. Grafika komputerowa, rysunek, język angielski. Jeszcze mam trochę do ogarnięcia wokół siebie, ale to może może trochę poczekać, nie wydaje mi się to aż tak pilne, mimo że rozumiem, że też jest bardzo ważne coś w moim życiu, żeby tego nie robić. Musi przyjść chyba odpowiedni czas. Jeszcze nie jestem na to tak bardzo gotowy, żeby to zrealizować. Próbowałem i ponosiłem porażkę, więc na razie muszę się wstrzymać z osiąganiem tego celu. Może mnie to nie zabije. Na pewno nie wzmocni, ale może w przyszłości i z tym dam sobie radę. Na razie muszę skupić się na czymś innym. Na razie muszę ogarniać to, co na porządku dziennym już mogę. Może bym wrócił do graffiti nawet z większą siłą kiedyś? Nie myślę o tym. Co ma być to będzie. Wszelkie moje działania zmierzają w tę stronę, że i to może być możliwe. Nie marzę, nie zastanawiam się. Po prostu działam i cieszę się oraz jestem wdzięczny, że mogę to robić, że mam na to jeszcze trochę czasu i że ten czas wcale w jakimkolwiek przypadku niezbyt się marnuje. To mnie uszczęśliwia.
No i cóż… Mamy ten piękny poranek dnia kolejnego, ale ja nawet nie wiem, czy będzie taki cały dzień bez zmrużenia oka. Bo co prawda spałem dzisiaj, ale spałem tylko niecałe cztery godziny. Niestety. Mógłbym może się wyspać jeszcze lepiej, ale niepotrzebnie zagłębiałem się w meandry Internetu po wypitej kawie. Nie usnąłbym w życiu wcześniej. Dobre jest przynajmniej to, że czuję się zdecydowanie lepiej niż jeszcze jakieś pół roku temu po takiej ilości, a nawet większej wtedy snu. No, cóż… Byłem wtedy w znacznie poważniejszym stanie, ale zmieniłem coś. Był to sposób odżywiania się. To znacznie mnie postawiło na nogi, ale nie wierzę, że aż tak. Człowiek potrzebuje snu. To sprawia, że każdego dnia może działać z optymalną siłą. Dieta jest jednak tutaj bardzo pomocna ze względu na to, że stosując przez wiele lat praktycznie od dzieciństwa po dorosłość dietę z dużą ilością węgli już w tym wieku i wcześniej czułem się ociężały i zmęczony. To była moja zmora. Coś jednak sprawiło, że dostałem informację o lepszym odżywianiu się. Zastosowałem to i okazuje się, ż ja mogę mieć naprawdę dużo energii w czasie dnia. Po prostu mój organizm nie dostawał właściwego paliwa.
Sąsiadka już pojechała do pracy swoim samochodem. Cieszy mnie to, że i tak mogę wstać tak wcześnie i być jak inni. Cieszy mnie być w tej grupie bardziej aktywnych osób, które nie zalegają w łóżku do późna, a potem już w ogóle nic nie robią. Jakoś to moje życie zaczyna się układać w coś, co do tej pory takiego kształtu nie przypominało. Trochę na próżno może starałem się pracować nad sobą pisząc wcześniej o moich rozterkach, ale to też może w jakiś sposób dawało mi jakąś ulgę, bo nie miałem komu się zwierzyć. Teraz wydaje mi się to niepotrzebne. Piszę, bo po prostu lubię to zajęcie. Pozwala mi się zrelaksować przed całym dniem tego, co akurat sobie wyznaczyłem do robienia. To ostatnie jest dla mnie interesujące. Szkoda, że znam tak mało aktywnych osób. Oni emanują taką energią, która mnie wzmacnia. Dlatego dziś, gdy widziałem sąsiadkę, to się ucieszyłem… Jestem jednak pod wrażeniem siły jaką mam, mimo nie przespania dużej części nocy. Wypiłem tylko kawę i już czuję się nawet trochę, może znacznie lepiej, a teraz będę musiał przejść do zadań, które sobie wyznaczyłem na dzień dzisiejszy. Co zrobię? Jeszcze dokładnie tego nie wiem. Na pewno spróbuję coś utworzyć w programach komputerowych na moim laptopie, ale nie mam jakiegoś szczególnego zamysłu. Wczoraj wieczorem zrobiłem kilka zdjęć do obróbki, żeby zobaczyć jakie efekty z tego wyjdą. Pracowałem ostatnio nad jednym zdjęciem i bardzo mi się spodobały możliwości programu. Dlatego chciałbym do niego wrócić i spróbować coś zrobić na innym zdjęciu. Chodzi mi o efekt artystyczny bardziej zamierzony, ale mam nadzieję odkryć w tym trochę interesującej mnie pracy. Takie zdjęcie mógłbym już pokazywać ludziom do zachwycania się nim i to też mi się podoba. Wczoraj był niezły odzew na moje poprzednie. Dlatego chciałbym stworzyć dzisiaj coś fajnego. Nie wiem, czy mi siły pozwolą na rysowanie, bo mogę czuć się zbyt rozkojarzony, ale angielski na pewno zrobię. Tak już z przyzwyczajenia uczę się tego języka i nawet dobrze mi idzie, więc czemu miałbym o tym zapomnieć? To dla mnie wszystko ważne. Wczoraj, gdy pracowałem nad tym jednym zdjęciem, przyszło mi do głowy, że mógłbym zrobić jakiś film moim telefonem i wciągnąć go do programu. To też może być ciekawy motyw, ale dzisiaj to chyba stanowczo za wcześnie, chociaż kto wie jak się rozkręci ten dzień i czy nie będzie mi się chciało i tego zrobić. Na czymś mi zależało, więc w głowie powstał pewien plan działania. To może mi umożliwić drogę do polubienia pracy z narzędziami odnośnie filmu. Myślę, że w moim systemie są zainstalowane jakieś do takiej obróbki, a mogłoby wyjść znowu coś ciekawego. W razie co to poszukam jakichś odpowiednich w repozytoriach systemu, który mam. Pracuję na niekomercyjnym oprogramowaniu i bardzo sobie to chwalę, bo mam szereg możliwości, których dotąd nie miałem ze zwykłym systemem, który nie zapewnia oprogramowania do obróbki i tworzenia grafiki i dźwięku. To może być fajna przygoda. Wzmacnia moje możliwości, które sobie wypracowuję tworząc rysunki…
Już pawie szósta kolejnego dnia. Poprzedni nie był zbyt ciekawy, jeśli chodzi o moje samopoczucie i zrobiłem coś, czego powinienem unikać, ale sporo się nauczyłem. Odpaliłem wczoraj program do edytowania i obróbki filmów. Bardzo dobry program. Jak zwykle nauczyłem się go w dużej mierze obsługiwać i za pomocą sztucznej inteligencji.
Czasami czuję się nieudolny. Po tym czasie, jaki w życiu się mi zmarnował mam prawo się tak czuć. Początki może rzeczywiście zawsze bywają trudne. Jestem na samym początku tworzenia, a raczej nauki o grafice komputerowej. Czasami ktoś mnie jakby próbował wyprowadzić z równowagi. Specjalnie nie chciałem oglądać żadnych grafik innych ludzi, żeby się nie zniechęcić porównywaniem do nich. Tak by było dobrze. Niestety ktoś musiał na forum dodać czyjś film o jego tworzeniu. W sumie nie musiałem oglądać, ale czasem irytuje mnie, że ktoś coś robi lepiej ode mnie i czuję się wtedy niedoceniony. Bo to tak jakby komunikat od tej osoby co wrzuciła film: patrz, on robi lepiej, też byś tak mógł. Jakby moje prace były nie warte skomentowania zwykłym słowem: podoba mi się, nie podoba mi się. Zawsze czyjeś trzy grosze muszę widzieć. Nie jest to takie znowu straszne, tylko narusza moją przestrzeń zaufania do siebie. Poza tym trochę nie mam czasu tracić chwil na oglądanie kolejnego nudnego filmu pt. jaki to ja jestem zajefajny. Ludzie nie biorą tego pod uwagę, że chyba nawet każdy ma różne możliwości. Jeden jest bardziej wyspecjalizowany, inny mniej. To głównie zależy od perypetii życiowych i wielu czynników i wpływów, mimo to spora część ludzie nie skupi się na tym co teraz, tylko odwołują się do tego, że ktoś zrobił i robi coś lepiej i że nasza praca nie ma sensu, bo oczywiście nie ten poziom. Nie mówię, że kolega chciał to tak przedstawić, ale już tym trochę czuć. Dlatego zerknę na ten filmik na szybkim podglądzie, bo nie wiem, co autor miał na myśli.
W ogóle to poszedłbym na jakiś profesjonalny kurs grafiki komputerowej i obróbki zdjęć. To całkiem mnie interesuje. Już sama znajomość obsługi programów sporo daje. Jeszcze by się przydały scenariusze do animacji. To już byłoby w ogóle super umieć tak tworzyć. Nie wiem, zastanawiam się nad tabletem do mojego laptopa, bo robić coś z myszki to trochę jest utrudnione, tylko co ja bym rysował tym tabletem? Nie chciałbym, żeby to był następny wydatek typu: leży w kącie, nie ruszam, ale mam. Tu się zaczynają moje problemy z kreatywnością. Kiedyś miałem moment, kiedy ta wygasła i czułem ogromny kryzys emocjonalny w związku z tym. Samo rysowanie później sprawiało mi ogromny problem. Musiałem się niejako rozruszać z tego zastoju. To było bardzo trudne, ale nie widziałem innej ścieżki dla siebie jak ta, żeby coś robić. Nic nie robienie mogło mnie tylko pogrążyć – miałem tę świadomość.
Chciałbym, żeby ktoś mnie nauczył pracy na programach niekomercyjnych, bo wszędzie uczą tylko na tych drugich. W sumie nie jest to też takie złe, bo raczej jak się na tamtych programach nauczę, to i na moich znajdę podobne funkcje…
Chciałbym przestać traktować rysowanie jako obowiązek nauczenia się czegoś z czego mógłbym żyć. Chciałbym, żeby to było dla mnie przyjemnością. Chciałbym wejść w taki stan jak miałem, gdy byłem w wieku szesnastu lat. Nie były to najlepsze czasy mojego życia, bo sam jeszcze nie wiedziałem co chciałbym robić, ale moje podejście do projektowania liter w graffiti mi się podobało.
Uzyskałem ostatnio metodę tworzenia przeciwieństw i nadawania temu sensu lub pozostawiania ich w absurdzie. Chciałbym wykształcić w sobie tę zdolność szybkiego znajdowania takich skojarzeń, przez co chciałbym stać się kreatywny. To bardzo by mi pomogło w osiągnięciu lepszego samopoczucia przez to, że moje prace stałyby się ciekawsze. Nie wiem czasami jeszcze jakie skojarzenia stosować, żeby moje prace z nimi były interesujące. Nie jest to wcale takie łatwe, ale łatwiejsze niż wczoraj. Samo narysowanie nieraz takiego projektu może być trudne, ale na szczęście nad rysunkiem zacząłem już dosyć długi czas temu pracować. Myślę, ze inaczej by się moje życie potoczyło, gdybym miał te skojarzenia jak z rękawa. Nie chcę wykorzystywać sztucznej inteligencji do pomocy mi, bo byłaby to jej praca, nie moja…
To co mnie martwi to to, że znowu trzeba nad czymś pracować i żeby to było czymś co wynika z poprzedniego jako etap zaawansowany to byłbym zadowolony jak np. z tego, że umiem pisać. Niestety moje życie potoczyło się tak, że nie nauczyłem się nic zgoła pożytecznego co teraz mógłbym rozwijać. Moje zmagania z rysunkiem są dopiero na jakimś etapie, który nie jest wcale taki zaawansowany jak mógłby być, gdybym zupełnie wcześniej, a najlepiej od dzieciństwa zaczął się tego uczyć. Niestety moja głowa była zawalona różnymi innymi rzeczami, których to najpierw musiałem się pozbyć by przejść do tych właściwych. Nie twierdzę, że jest za późno na coś, ale już mógłbym mieć sporo więcej opanowane, gdyby nie to, że coś zdarzyło się w moim dzieciństwie takiego co wpłynęło na mnie tak, że potem wpadłem w sidła narkotyków. To jest dobry temat! Tak, narkotyki są dobrym tematem. Nie po to by je propagować, ale po to by pokazywać jaka rzeczywistość jest z nimi związana. To oczywiście ułuda, raj utracony. Wielu ludziom to się myli z wyzwoleniem i zapewne nadal będą w to wchodzić. Mi chodzi tylko o moją kreatywność. Coś na czym mógłbym ją rozwinąć. W wyobraźni pojawiają się jakieś obrazy, pierwsze myśli z tym związane. To dla mnie ważne. To dla mnie punkt początku, gdzie może mógłbym znaleźć moją przystań. To już bardzo dużo, bo dotąd świat był mi bardzo nieprzychylny, mój wewnętrzny świat. Pokazując kontrasty mógłbym oczywiście coś wnieść od siebie do niego. Już na tym materiale, który napisałem można pracować. Chciałbym, żeby wylęgł się jakiś pomysł godny zaakceptowania, ale też nie takie trudny do realizacji. Mógłbym wykorzystać swoje poprzednie prace rysunkowe, żeby oddać przynajmniej część pomysłu jaka ukształtowała mi się w głowie I już mam! Człowiek, który dryfuje w powietrzu w bańce mydlanej! To byłoby coś godnego zauważenia. Teraz można by zaprząc sztuczną inteligencję by zrealizować ten pomysł. Takiego oczekiwałem. Przyszło znienacka i to mi się podoba, bo jest całkowicie mój i pokazuje rzeczywiście absurd brania narkotyków. To jest dla mnie rzeczywiście interesujący pomysł. Byłem długo zamknięty w rzeczywistości narkotykowej. Może dlatego tak łatwo się ten pomysł objawił. I moim utrapieniem jest to, że taki pomysłów przydałoby się mieć więcej, żeby móc je pokazać komuś, kto powiedziałby: „wow”. Zastanawiam się, czy musiałbym wchodzić we wszystko to, czego nie bardzo znam i rozumiem, żeby moje pomysły na ten temat się ujawniły, czy wystarczy, żebym powierzchownie poznał jakąś dziedzinę? Im lepiej bym ją poznał, to może lepszy pomysł, ale chyba tu uwidocznia się mój lęk przed tym, że w narkotykach spędziłem jakieś dziewięć lat plus to ile jeszcze czasu musiało minąć zanim wróciło mi logiczne myślenie. A jeszcze to, że lekarze twierdzą, że mam schizofrenię i muszę brać leki przeciwpsychotyczne, to już w ogóle się nie liczy? No, zastanawiam się nad tym, że są ludzie, którzy branie narkotyków popierają, mimo że są w nie uwikłani po uszy, a przecież poza złudnym poczuciem lepszego samopoczucia i szybką degradacją organizmu nic z nich nie ma, zwłaszcza po tych nowoczesnych, syntetycznych narkotykach czy dopalaczach. Tak, to może człowieka dopalić… Pustka, która się we mnie ciągnęła po tym wszystkim tak długo była zatrważająca i niczym jej nie mogłem zmienić, miałem jednak nadzieję, że może się ta odmieni we mnie kiedyś. Szpitale, areszty, detencje – to wszystko zaliczyłem. Nic interesującego. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że mógłbym to wykorzystać na swoją korzyść np. pisząc o tym, ale wolałbym nie przeżywać tego drugi raz. Teraz cieszę się, że życie jest tak różnorodne, ale właściwie to cieszę się, że już tego nie przeżywam co było i że mam dobre samopoczucie, przynajmniej w miarę.
Trudno jest wykreować swój własny świat na kupie gruzu, zwłaszcza jak się nie ma na to żadnego pomysłu, narzędzi, które ułatwiłyby sprawę. No, ja takie narzędzie dostałem. Teraz nastąpiła koniunkcja. To następny temat, który mnie ciekawi i jest dla mnie interesujący. Kiedyś przyciągało mnie to co tajemnicze, niewyjaśnione, lecz też chciałem w tym w jakiś sposób zaistnieć, dać cząstkę od siebie temu, kto by tego potrzebował. To właśnie magia. Wiem dziś, że to raczej tylko fantazja mnie pociągała w tym wszystkim. Świat, którego nie ma, a byłby zupełnie dużą alternatywą do tego jaki jest teraz. Nie twierdzę, że obecny kształt mi się nie podoba, ale tamten rozbudzał marzenia, co niektórym ludziom mogłoby się podobać. Jakieś diabły, potworności, ale okiełznane przez umysł i wspólnota ludzi, którzy nie tyle kryliby się za symbolami, ale którzy ten świat mieliby tworzyć. To co mi się w nim podobało to spontaniczność, wolność, energia, która byłą wielką mocą. Nie chcę przechodzić do pejoratywnych skojarzeń związanych z aktualną rzeczywistością, bo nie chcę nikogo wykluczać i napiętnować. Nie o to mi chodzi, mimo że wiem, ze może nie każdy chciałby się w takim świecie znaleźć, ale jakiś jego fragment mógłby być interesujący dla postronnego obserwatora. Warto by było może zabezpieczyć takie dzieło lub właśnie otworzyć mu furkę do kreatywności innych, gdyby np. znalazło się na ulic i ktoś chciałby dorobić jego część. To byłoby interesujące…
Droga od pustki do znaczenia nie jest łatwa. Jestem jednak wdzięczny za wszystkie nieprzyjemne odczucia, które miałem. W końcu to one mnie uratowały. Mógłbym stworzyć taką historię na podstawie mojego życia. Z tym, że zabrakłoby mi wątku kończącego. I to byłoby też rozwiązaniem, że nie każdy film by musiał kończyć się dobrze, lecz już na etapie większego rozwoju chodziłoby o coś marginalnego, co bohaterowi nie dałoby spokoju, coś małego. Od tego też film mógłby się zaczynać. No, już trochę dzisiaj pomysłów było, a przynajmniej dwa. Bo ten trzeci to raczej takie trochę za ciężki dla mnie. Katharsis, którego mógłby doświadczać widz po obejrzeniu filmu to już nawet sporo, ale trochę za mało na to, żeby film jako całość nie był nudny. Trzeba by było upleść wewnątrz przygody bohaterów. Teraz to takie ciężkie myślenie nad tym wszystkim, a już chciałoby się mieć wszystko najlepiej gotowe. Trzeba by znaleźć człowieka, który mógłby pomóc w realizacji takiego filmu, ale efekt mógłby być interesujący. Najlepiej kogoś kto poważnie by podchodził do sprawy i chciałby takie film utworzyć razem ze mną. Zatrudnienie aktorów to byłaby czysta formalność. A co można by pokazać na takim kadrze? Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym. Może np. kamerę. Kamera w kadrze, bo chodzi mi o pojedynczy pomysł, nie film. Kadr mnie tutaj zainteresował. To co teraz przechodzę jest też pewnym rozwijaniem się we mnie zainteresowań, bo wyłaniają się one we mnie z podświadomości najpewniej, że takiego jako samego kadru dotąd nie zauważałem, mimo że gdzie pojawiał się jako wzbudzający moją ciekawość. Sam kadr. Nic poza tym, ale dotąd nie myślałem, że owy kadr można by połączyć z jakimś skojarzeniem, który wywoływałby zainteresowanie ową pracą.
Do mojego pomysłu zaliczyłbym jeszcze szablon kota, który mówiłby, że jest głodny. To pomysł oparty na tym, co podają o kotach w Internecie i jest to o tyle dobre, że w miejskiej przestrzeni nigdzie takiego szablonu kota odbitego nie widziałem, a mógłby rozweselać przechodniów, którzy znaliby tę internetową teorię na temat kotów bądź samych właścicieli, którzy by doskonale znali domenę kotów, więc można by dodać właściwie tekst: „jeszcze jestem głodny”.
No, trzy pomysły na szablony. Teraz jestem całkiem usatysfakcjonowany.
Chciałbym zrobić coś kreatywnego, tylko, żeby mi nie zabierało tyle nerwów co rysowanie. Właściwie to chyba zrobię sobie jajecznicę.
Chciałbym wypocząć, już nie zajmować się czymś, co nie przynosi mi satysfakcji. Z drugiej strony nic nie robienie też mi jej nie przynosi. Brak scenariusza. Od tego można wyjść. Typowy motyw – brak weny i artysta przy pracy, który gnie kolejne kartki w irytacji na brak pomysłu albo że wszystko wydaje mu się gipsem. Co robisz potem? Podchodzisz do okna? Palisz? Coś za oknem będzie się działo? I po co? Zapoznanie się bohaterów? Wspólne przygody? Byłoby tego pewnie sporo…
O, rany. Wczoraj pracowałem sporo nad jednym programem do obróbki animacji. Pierwsze grafiki z tym związane mam już z sobą. Podoba mi się to co zrobiłem i to, że to mogę robić… Nie czuję przy tym żadnej presji, że coś muszę się nauczyć czy jak. Jest to dla mnie pewna radość tworzenia. Jestem chyba na kolejnym etapie odradzania się i chyba na tym końcowym, bo nawet we śnie było, że wszedłem na wysoki komin. Co prawda bałem się z niego schodzić, ale pamiętam, że wchodzenie było dosyć trudne jak zmagania z moją rzeczywistością, podczas gdy ja w ogóle nie miałem celu, chęci, a czułem jedynie presję, że muszę coś zacząć robić.
Odruch mi chyba został, bo tak bez robienia czegoś co jest konstruktywne i przynosiłoby mi realne korzyści jak nauka czegoś, nie jestem w stanie funkcjonować. Coś muszę robić, lecz kiedyś wiązała się z tym presja. Dziś to już jest bardziej wybór..
Chyba muszę zrobić znowu porządek w pokoju u siebie, bo coś mi nie za ładnie zaczyna tu czuć… Jakby się kurz palił…
Do dwudziestego roku życia nie miałem komputera, ani zwłaszcza własnego telefonu. Życie do tamtej pory układało się nawet znośnie z momentami, że było interesująco. Teraz mam tylko jednego kolegę. Koleżanka przez Internet rzadko się odzywa. Ma swoje problemy i tak to jest. Z resztą znajomych nie utrzymuję kontaktu. Było ich dużo, ale nasze ścieżki się rozeszły. Teraz, gdy wstanę rano zastanawiam się co robić i już chyba odruchowo włączam komputer, bo też jest to moje narzędzie pracy… Nie wiem, czy ja jestem taki pracuś? Życie mnie zmusiło do podjęcia decyzji o tym, czy coś będę robił, bo zauważyłem, że czasy beztroski się skończyły. Nie było łatwe coś zacząć. Nie ze względu na lenistwo, a niedomaganie i sam nie wiedziałem też czego chciałem. Nie to, że nie mogłem się zdecydować, tylko wciąż coś wydawało mi się niezbyt łatwe. Miałem trudności z odczuwaniem przyjemności. To się stało w momencie, gdy w moim domu wylądował komputer. Zauważyłem wtedy, że przesiadam przy nim nad bezsensownymi czynnościami zamiast w tym czasie robić coś innego czy odpoczywać. Moja głowa zapychała się co raz bardziej. To było frustrujące, ale nie odchodziłem od tego zajęcia na zbyt długo. Wtedy był zupełnie inny czas i bardzo dużo się zmieniło od tamtej pory. Moje działania nie idą na marne, bo wziąłem się za siebie, gdy dostrzegłem, że ze mną źle. Jasne, że nie wszystko jest tak mogłoby być, ale już jest na tyle dobrze, że zaczynam czuć w sobie spokój, a przez długi czas tego nie było.
Dziś już poniedziałek. Wstałem z poczuciem, że się całkiem dobrze wyspałem, ale przypomniało mi się, że śniło mi się coś co przypomniało mi moją dawną koleżankę. Czuję w sobie, że mi przykro jak potoczyła się moja i jej sytuacja między nami. Nie, żeby to był zawód miłosny, tylko straciłem jedyną wartościową osobę w ówczesnym moim życiu. Nie poznałem później jak dotąd nikogo równie inteligentnego i pełnego życia co ona. Obraziłem ją. Z moich ust padły słowa, których nie da się cofnąć i mimo że próbowałem odkręcić sytuację, ona odeszła. Możliwe, że się przestraszyła. Zrobiłem to, bo mi się coś wydawało o niej i chciałem sprawdzić, czy tak jest faktycznie. To było dawno, to było ponad dwadzieścia lat temu. Do tej pory nie miałem kontaktu z tymi uczuciami, które wtedy wywołałem. Nie przytłaczają mnie, są tylko echem tamtych, dawnych, minionych lat i jestem wdzięczny za nie, bo pomimo że są takie, to wiem, że przeżyłem kilka chwil fajnych poznając tamtą osobę.
Bardzo dużo spamu w mojej głowie zaistniało przez te wszystkie lata. Teraz mam kontakt z czymś prawdziwym, z czymś moim, co jest we mnie w środku. Mogę być również wdzięczny za to, że dawny ból już zniknął i odradzam się z nową świadomością. Jest taka niezmącona obcymi substancjami na przykład, silna, czuję to w sobie. Moje logiczne myślenie działa sprawnie. Przez wiele lat nie miałem humoru. Nie to, że nie znałem się na żartach, tylko nic mnie nie śmieszyło i sam też nie miałem ochoty na żartowanie. Przeżywałem z początku duży ból emocjonalny, wypalenie, pustkę przez wiele lat. Jakiś zastój umysłowy trzymał się we mnie przez dwie dekady. Patrzyłem na wszystko jak zza szyby i zastanawiałem się dlaczego ja tego wszystkiego nie mogę mieć, co innym przychodzi z łatwością. Już chyba nie czekałem na lepsze dni. Tkwiłem tylko w poczuciu z dnia na dzień. Na bieżąco wciąż monitorowałem w swoim umyśle swój stan oczekując lepszego, co mogłoby się zmienić lada moment, a kiedyś tak nie było. Kiedyś utkwiłem w beznadziei, bez poczucia zmiany na lepsze na wiele. Myślą tylko dodawałem sobie otuchy, że może się jeszcze wszystko zmieni, że może nie wszystko jeszcze stracone, mimo że to miałyby być najlepsze lata mojego życia, w których to ja byłem zablokowany. I wtedy to się stało. Ludzie zaczęli odchodzić jeden po drugim. Zapomnieli zupełnie o kimś, że ktoś taki jak ja w ogóle był. Pomyślałem sobie, że są ważniejsze sprawy niż drugi człowiek, że jak ktoś nie ma pracy i niedomaga, to musi się wziąć w garść, bo bez pracy nikogo nie pozna. Dziś nie zależy mi na ludziach tak jak kiedyś. Nawet nie wiem, czy w ogóle zależało, ale może i miło by było mieć kontakt z niektórymi albo i to nie. Bo w sumie ludzie są mi potrzebni, ale raczej już tylko jako publiczność, a nie po to jak przez jakiś czas, żeby mi pomóc. Czuję się sam silny w sobie i to mi wystarcza. Nawet jest super przebywać nieustannie w swojej własnej samotności. Wtedy ma się czas na to, co rzeczywiście istotne.
Zaczyna się robić przyjemnie na dworze. Wiosna tuż za progiem. Po długiej zimie, która już się zdążyła znudzić nadchodzi odwilż. Czuję, że to będzie najlepszy czas w moim życiu. Już wczoraj wieczorem zauważyłem, że miałem ochotę, żeby ta noc minęła jak najszybciej, żeby móc poczuć się znowu w pełni sił i zacząć pracę nad czymś ciekawym. Czuję się jakbym odkrywał życie na nowo. Chyba tak właśnie eksploruje świat trzy latek, który jest pełny energii i ciekawy wszystkiego. Jasne, że jeszcze nie wszystko chce mi się robić, ale stan nudy i zwątpienia już we mnie umiera. Jeszcze się wszystko waha pomiędzy chęcią odpoczynku, a pełnią działania. Wiem, że kolejna chwila przychodzi, a ja ją wypełniam swoją pracą nad tym, co chcę zrealizować. Dopełnia się krok po kroku moje życie w tych chwilach i kiedy zbierze się je wszystkie razem, to jest to porządny kawałek pracy też nad sobą. Psycholog również to zauważyła. Mógłbym mieć więcej tej siły, ale wciąż jeszcze palę tytoń, od którego nie umiem się uwolnić… Kiedyś pisałem w swoim zeszycie, że palenie jest zabijaniem swojego umysłu w popielniczce. Może miało być niszczeniem? Może za dosadne słowa dobrałem, dlatego mnie te tytoń tak uwikłał ze sobą? Co ja mam o tym w ogóle myśleć? Przydałoby się z kimś porozmawiać z kimś takim jak Ewa, ale jej nie ma już w moim życiu. Obraziłem ją. Koniec, kropka.
Dziwnie się z tym wszystkim czuję. Wiem, że muszę coś robić, a coś mnie powstrzymuje. Chyba to nie jest jeden z moich najlepszych dni jednak. Czuję, że mi przykro po tym co się wydarzyło z Ewką… Dopiero teraz… Miesza się we mnie poczucie beznadziei i smutku z zastojem. Muszę to jakoś przetrwać, bo rano było lepiej, więc pojawiają się jednak przebłyski dobrego. Coś już jednak dzisiaj zdążyłem zrobić. Nie jestem przez to tak w tyle za innymi. Też powstaje pytanie: po co ja tak gonię za innymi, skoro inni nie mogą mi dać tego, co mi jest potrzebne? No tak, potrzebuję z czegoś żyć. Renta może nie wystarczyć w przyszłości, więc starałem się za wszelką cenę osiągnąć dobrobyt. Chyba już wszystko sprawdziłem, co było możliwe, co mogłoby mi pomóc w razie czego, żeby odzyskać to, co utraciłem i żeby tego znowu nie zgubić. Przede wszystkim chodzi o zdrowie, ale też i o chęć, która miałaby się we mnie zamanifestować zdolnością do odróżniania tego, co mi się podoba od tego co mnie nie interesuje. Dlatego chwyciłem się rysunku, bo nie miałem żadnego zajęcia. Nie dlatego zacząłem to robić, że czułem chęć i wenę, tylko nie miałem nadziei na szansę dla siebie, a nie chciałem wylądować na etacie ochroniarza i frustrować się, że to praca nie dla mnie. Sporo zrobiłem rysunków przez te kilka lat i mimo że nie jest to moje rysowanie w pełni doskonałe to wspinam się po tych stopniach nadal i odkrywam kolejne tego etapy. Nie jest więc tak, że przychodzi mi tworzenie łatwo. To trudna praca dla mnie. Jestem jednak dalej niż mógłbym być bez tego i mogę sobie pomarzyć, że kiedyś dla mnie w życiu coś się zmieni. Na pewno kwestia podejścia do niektórych spraw jest tutaj ważna, że odzyskując luz psychiczny na pewno będzie mi się łatwiej pracować nad rysunkiem. Do tego czasu jednak pracuję w tym dyskomforcie, co w jakiś sposób udowadnia mi, że mam w sobie naprawdę dużo siły, bo stres związany z czymś czego nie lubi się robić jest bardzo duży. Zastanawiałem się o co z nim chodzi i jak się go pozbyć, z czego on wynika, że jest tak duży przy rysowaniu albo po prostu brałem kartkę i próbowałem swoich sił w opanowaniu sztuki tworzenia. Jakoś czułem, że będzie tylko gorzej, gdy się za to nie wezmę, mimo że to tak odrzucające mnie zajęcie. Szukałem sposobu na t by to polubić. Nic nie znalazłem, bo to musi wynikać we mnie. Czasami to zajęcie na dłuższy czas porzucałem zupełnie jakbym miał już do tego nie podchodzić, a potem przez doświadczenie, że inne są jeszcze cięższe wracałem do tego. Nawet nie mam siły napisać, ze jest to dobre, bo to nie tak. Jest to nieodzowne dla mnie, żeby sobie z czymś poradzić. Chciałbym być po prostu niezależny i tę niezależność rozumiem, że muszę sobie wypracować. Bardzo mi się podoba taka wizja, bo zupełnie nie mam przekonania, ani siły by pracować dzień w dzień powtarzając zupełnie to samo nudne zajęcie, które nie przynosiłoby mi perspektywy na jakiś swój własny rozwój. Tu z tym tworzeniem est trochę inaczej. Nie czuję wtedy, że życie umyka mi przez palce. Daję sobie szansę…
Samo to, że mogę wstawić tutaj swój rysunek to już dla mnie bardzo dużo i cieszy mnie to niesamowicie, mimo że ten jak wiadomo nie jest doskonały, ale wiąże się z tym taka historia, że jest wypracowany od zera i wiem ile mnie kosztowało trudu i pracy na tym, żeby móc tak nauczyć się rysować, a to dopiero jeden z poziomów, które można przekroczyć i nie zniechęca mnie niedoskonałość tej pracy. Raczej czuję zachwyt, że wreszcie mi coś zaczyna wychodzić właśnie na takim poziomie. Teraz mógłbym sobie wydać to co napisałem ze swoją własną ilustracją… To naprawdę budujące, a przecież tych chwil brakowało mi naprawdę długo jak najbardziej. Tamta praca, bardzo ciężka opłacała się. Wczoraj nawet pomyślałem sobie o etacie, że w sumie mógłbym gdzieś pracować, ale to jeszcze dla mnie za wcześnie. Dobrze jednak, że rodzą się we mnie takie myśli, bo trochę chciałbym, żeby móc połączyć pracę na etacie z tym co robię dla siebie są w domu. Nie czuję się na siłach jeszcze, żeby co dzień rano wstawać i chodzić do jednej i tej samej pracy, ale mając to rysowanie byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś mnie do tego zmusił jednak. Moja głowa nadal potrzebuje odpoczynku, jakiejś treści emocjonalnej, która dawałaby życie we mnie. Bez tego to jest koszmarem.
Narzekam na zmęczenie. Przez cały ostatni tydzień dzień w dzień po kilkanaście godzin walczyłem z grafiką komputerową i mózg ma już dosyć. Nie chce mi się nawet wychodzić nigdzie za bardzo. Wczoraj gdzieś byłem. I narzekam na zmęczenie, bo w tym czasie mógłbym tyle zrobić, ale się nie da. Po prostu na siłę to nie to samo. Czekam na odpowiedni moment. Na szczęście nie jest to prokrastynacja, a zwykły odpoczynek…
Mózg mi normalnie wysiadł kiedyś od narkotyków na wiele długich lat i to było też już długo po tym jak przestałem brać. Czułem się jednak jakiś wyróżniony, gdy ćpałem. To bardzo dziwne. Myślałem, że w ten sposób jestem w jakiś sposób wyjątkowy. Nasza grupa była bardzo hermetyczna, ale chyba nie wszyscy czuliśmy to samo. Podkreślały się w nas indywidualności, co ja niekiedy odczuwałem jako zagrożenie dla siebie. Nie miałem wówczas jakiś większych zmartwień oprócz tego jak wykręcić hajs na dragi. Ten czas nie przyniósł mi nic poza destrukcją mojego ówczesnego życia. Nie chciałbym wracać do tej przeszłości. Jedynie w pamięci mogę to robić i to jest dla mnie bezpieczny sposób na to, żeby i też tam w jakiś sposób być, bo nie chcę się zupełnie odłączać, co nie znaczy, że znowu zacznę ćpać, bo nie zacznę, ale chyba to jest znakiem uzależnienia.
Nie wiem jak miałbym zarobić pieniądze. Znowu jestem w rozsypce. Jakieś pomysły może i rzeczywiście mam, ale to dopiero pierwsza faza obróbki, mimo że już sporo czasu minęło jak nad czymś zacząłem pracować, dla siebie. Dzisiaj już nic mi się totalnie nie chce. To chyba efekt cało tygodniowej pracy. Zimno na dworze jednak jeszcze, trochę się nie chce wychodzić. Mózg jest zmęczony i nie wiem, co mam zrobić, żeby odpocząć, nabrać sił, zrelaksować się.
Kolejny dzień życia. Podsumowując przez jakieś dwadzieścia lat leżałem prawie nieprzytomny w łóżku. Szkoda tego czasu, bo dziś odzyskując większą sprawność widzę ile mógłbym zrobić dla siebie, gdybym tak nie niedomagał. Dopiero od niedawna się zaczęło wszystko poprawiać w związku z tym, że wdrożyłem w swoje życie dietę. To była podstawa, że ciągle czułem się zmęczony, ciągle mi się chciało spać. Jakiś zastój ogólny czułem wtedy. Dziś już jest znacznie lepiej, mimo że jeszcze jestem do tej zmiany nieprzyzwyczajony to znaczy nie weszła ona we mnie jeszcze w całej pełni, ale już czekam na te dni, gdy będę się czuć znakomicie i będzie to we mnie ugruntowane. Jeszcze parę razy wstawałem w nocy dzisiejszej, ale to już nie to samo co wcześniejsze tego typu sytuacje, bo wówczas nie mogłem zasnąć i czuwałem nawet od trzeciej do samego rana i spotkałem sporo osób, które tak miały. Mija mi i to jednak, bo te wybudzenia już nie są takie straszne dla mnie. Ostatnio nie mam problemu z ponownym zaśnięciem w takiej sytuacji. Sporo różnych dolegliwości naliczyłem u mnie podczas dwudziestu ostatnich lat. Przodującą było chroniczne zmęczenie. W tej chwili się wszystko wycofuje, więc może będę mógł za jakiś czas wrócić do normalnego życia, jakie miałem będąc nastolatkiem. Nie piszę tego bez świadomości, że człowiek w młodości jest bardziej żywy, ale to co było przed świętami już nieco przerosło moje oczekiwania. Wtedy czułem się naprawdę chyba nawet lepiej niż miałem naście lat. Dziś też czuję, że chyba będzie trochę lepiej niż było wczoraj. Najgorzej jak ktoś zrobi mi coś do jedzenia, co zupełnie mi nie służy. Potem zastanawiam się, dlaczego ja się tak fatalnie czuję? To chyba każdy ma tak w pewnym wieku, że od dużej ilości węglowodanów jest zmęczony, organizm mówi stop. Na początku się tego nie czuje. Ja już myślałem, że jestem zblazowany tak po mojej kuracji narkotykowej, a potem też, że to leki antypsychotyczne na mnie tak wpływają. Owszem, potrafią powodować sedację (senność), ale to nie była główna przyczyna tego, że czułem się przez tyle lat wyłączony. Mój sposób żywienia był do poprawki. Ktoś z boku mógłby stwierdzić, że przesadzam, bo jakoś tych słodyczy nie było bardzo dużo i było w sumie „normalne” jedzenie. Makarony, kartofle, kasze, chleb… To wszystko mnie powoli destabilizowało, a do tego cukier. Może ktoś stwierdzi, że głupoty piszę. Nie wiem na ile jego organizmowi starczy sił by to przetrawić by nie wpaść w choroby metaboliczne. Mi dieta zdecydowanie pomogła. Już nie jem tyle, ile wcześniej, bo nie czuję głodu, a jestem syty. Odpuściłem sobie słodycze, cukier i prawie w ogóle nie jem węglowodanów. Powoli stan zapalny odpuszcza, a ja mogę zaczynać zajmować się sobą. Nie wiem, może inni tak nie mają, może jestem specyficznym przypadkiem… Dobrze jednak, że odkryłem przyczynę mojej ułomności, bo naprawdę budzić się każdego dnia nie mieć siły na nic i nie widzieć w niczym sensu, to naprawdę nic przyjemnego. Dopiero teraz mogę zaczynać cieszyć się z lepszej kondycji psycho-fizycznej. Ostatnio byłem na spacerze i nie był dla mnie nużący jak to bywało zwykle. Szedłem mając siłę, a to bardzo duża różnica dla mnie… Poszedłem nie na siłę nieco dalej, nie zmuszałem się, ale z chęci by pospacerować. To jest dopiero mój realny powrót do zdrowia.
Jeszcze tylko męczę się paleniem tytoniu. Trudno mi jest to rzucić. Poprzednie próby spełzły na niczym. Trochę się tego obawiam, że będzie za późno, że wda się nowotwór, bo palę już stosunkowo długo. Najlepiej by było jechać do ośrodka zamkniętego albo nie mieć w ogóle jakichkolwiek pieniędzy na tytoń. Z ośrodkami to jest jednak tak, że trochę już mi się znudzili ludzie tam przebywający. Ciągle czegoś chcą. Męczyło mnie to bardzo w szpitalach psychiatrycznych. Jest to jednak szansą, bo nałóg palenia jest dla mnie ciężkim i podstępnym, mimo że z narkotykami sobie poradziłem. Z tym nie umiem jak na razie. Muszę się poważnie zastanowić co tu zrobić, bo to też odbiera mi sporo sił. Chciałbym w jakiś sposób zakończyć moje palenie, bo chciałbym zacząć uprawiać biegi. Kiedyś się z tym naprawdę dużo lepiej czułem, gdy to robiłem. Byłem bardziej gibki i to już była duża różnica, mimo że mój umysł nie działał do końca dobrze, ale przyjmowałem to ostatnie jako moment zdrowienia, który się jeszcze nie dopełnił. Rano jest zdecydowanie lepiej niż wieczorem, także o zdrowiu to tak można sobie gdybać. Jest wtedy siła na wszystko i człowiek może się wręcz zachłysnąć, ale pamiętam tez dni właśnie przed świętami, że miałem dużo energii na wszystko niezależnie od pory dnia. Wszystko musi się jeszcze unormować. Błędem było po prostu jeść w święta ciasto. Cukier bardzo źle wpływa na mnie, powoduje duży spadek energetyczny i senność, zmęczenie po tym jak trochę postymuluje. Już nie używam tej substancji przynajmniej na razie. Mam nadzieję, że już tak zostanie. Owszem, jakaś część węglowodanów może przejść niezauważona przez organizm, ale to gdy raczej się je spożywa rzadko. W przeciwnym przypadku znowu dół, zmęczenie, niechęć do czegokolwiek…To po prostu trucizna jak dla mnie… Bo nawet marzenia mi wygasły, moje potrzeby, pragnienia nie były już istotne. Najważniejsze było leżeć w łóżku. Nie wiedziałem zupełnie o tym co mnie tak rozkłada. Szukałem nadziei w psychologach i wglądzie w nieświadomość… Też dlatego zacząłem medytować swego czasu…
Męczy mnie jeszcze moje uwarunkowanie chyba psychiczne, że każdego dnia trzeba zabłyszczeć w jakiś sposób na polu sztuki, którą zdecydowałem się reprezentować dla siebie. Chciałbym tu odzyskać, a może właśnie zyskać swobodę tworzenia. Chciałbym natomiast powiedzieć, że zrobiłem wszystko i dzieło jest ukończone nie kończąc i nie zbliżając się do końca życia, a mieć tę świadomość, że jestem zadowolony i mogę sobie odpuścić. To się nigdy nie dzieje, dlatego to tak męczy. Z jednej strony jest duża potrzeba odczucia, że coś zrobiłem dobrze i że mam już coś satysfakcjonującego, a z drugiej ta presja, że nadal trzeba tworzyć, bo jeszcze jest i wciąż za mało… Mam po prostu wrażenie, że co bym nie zrobił, to jestem skazany na klęskę.
Jeszcze przed południem, a jakoś nie mam weny na nic innego jak na rysowanie. Powstał dziś jeden portret, z którego jest nawet całkiem zadowolony, ale znów wdzierają się we mnie emocje zniechęcenia, że znów zrobiłem za mało.
Portret jest nieco podrasowany zdjęciem rdzy. Ostatnio podoba mi się nakładać na to moje rysunki. Mam wtedy wrażenie, że wygląda to dużo lepiej, choć sam dzisiejszy portret wyszedł całkiem nieźle jak na moje możliwości.
Chyba rzeczywiście zdecyduję się na spróbowanie rzucenia palenia, bo jak dotąd nie przyszły mi pieniądze na konto i nie za bardzo mam za co kupić tytoń, a kolegi nie chcę prosić o 10 zł, żeby mi przelał, jakoś nie mam ochoty, żeby mi przelewał, a matki, to już w ogóle nie chcę prosić o żadne pieniądze, bo zaraz będzie dopytywać dlaczego już nie mam… Wydało się… Poza tym rano jeszcze były jakieś resztki tytoniu, więc paliłem, a od południa już tak trochę mniej, bo tytoniu jest niewiele i nawet po niego nie sięgam. Opalam szklane rurki, na których osadziła się smoła, ale to delikatnie, tak po dwa – jeden buch na raz. No i tylko zdążyłem to napisać i przyszły mi pieniądze, ale jakoś
n ie specjalnie mi się chce iść i wydawać je na tytoń. Dobrze, że są. To moje ostatnie pieniądze w tym miesiącu, a następnych może nie być w następnym miesiącu z tego samego, czyli z renty, zatem motywacja do rzucenia jest większa jakimś dziwnym sposobem… Jakoś tak zauważyłem, że niepalenie przynajmniej jak na razie nie jest takie uciążliwe, gdy paliłem inne tytonie i próbowałem rzucić, ale mam tę wizję przed oczami jak to by było, gdybym już nie palił – i tego mógłbym się trzymać… Miałbym przede wszystkim więcej siły i energii do działania, mój organizm byłby wydajniejszy… Wiem, bo kiedyś udało mi się na jakiś czas rzucić… A co do tego tytoniu, to palę teraz tytoń bez domieszek chemicznych, przynajmniej tak go reklamują… I to chyba tak jest jak o nim piszą, bo nie chce mi się tak natrętnie palić jak tamte z domieszkami. Specjalnie takie kupiłem, żeby się tak nie truć, no i pomyślałem, że może byłaby szansa łatwiej rzucić… Najbardziej jednak boję się zawrotów głowy oraz tego co będzie za chwilę, za minutę, bo czuję, że już mam odruch sięgania po nikotynę, no, ale z drugiej strony może nie będzie tak źle…
Potrzebuję jakieś trzy tygodnie dla siebie i przez ten czas w ogóle nie kupować ani grama tytoniu, najlepiej by było, bo to już zaczyna być igranie z losem, a nie chcę znowu przechodzić jakiejś chemioterapii, która nie dość, że byłaby mocno osłabiająca, to jeszcze może nawet nieskuteczna w przypadku nowotworu, a sporo osób umarło na to jak żyję i to w różnym wieku, bo mój sąsiad miał czterdzieści kilka lat albo pięćdziesiąt, ja do tego wieku się już zbliżam, a palę odkąd miałem szesnaście…
Popatrzyłem na swoje ostatnie zdjęcie, które zrobiłem wczoraj… Kojarzy mi się z tęsknotą za kimś silnym. Za jakimś przywódcą, ale to tylko moje własne skojarzenie. Zapomniałem słowa jak określa się takich ludzi… Tyran. Nie, to nie to, chociaż z jednej strony dla niektórych by się taki może nawet nie tylko wydawał. Ja się w politykę nie wdaję. Zatrzymałem się z wyobrażeniem o tym na drugiej wojnie światowej i czasie po do 1989 roku, gdzie był zmierzch silnej władzy jednej strony. Teraz wszystko przejęły gangi, chociaż w Polsce i tak nie jest w tym temacie tak najgorzej. Nigdy nie śniła mi się władza w sensie, że chciałbym rządzić. Mi się śniło jedynie posiadanie. Chciałem mieć naprawdę ogromny majątek. Marzyłem np. o posiadaniu kolei państwowych i nigdy o tym nikomu nie mówiłem. Przydałoby się coś zrobić, bo potrzebne będzie zdjęcie muru. Patrzyłem wczoraj na te zdjęcia do kupienia, ale oni chyba nigdy muru nie widzieli.
Obudziłem się o czwartej. Lubię te wczesne poranki, kiedy nikt jeszcze nie jest na nogach, bo nikt nie przeszkadza, tylko nie podoba mi się, że jest tak ciemno jeszcze.
Wstałem o czwartej, potem trochę podrzemałem i poszedłem zrobić badania. Nie wiem, czy to w związku z wyjściem, ale czuję się trochę jakby mocniejszy, mimo że nadal chce mi się jeszcze spać.
Mam takie marzenie, żeby zrobić coś, coś fajnego i żeby być z tego zadowolonym i żeby mieć święty spokój z robieniem czegoś do końca życia, bo co dzień trzeba zaczynać od nowa tę samą piosenkę. Trochę mi się to znudziło już. Po prostu nic mi się nie chce robić poza uczeniem się angielskiego dzisiaj. Jakieś gorsze dni mam ostatnio, mimo że całkiem dobrze się czuję. Może to jeszcze okres przejściowy… Te lepsze dni pewnie nadejdą, gdy już będę zadowolony z moich rysunków. Trochę jeszcze muszę nad nimi popracować. Mając fach w ręku, którego będę pewny, będę czuł się lepiej. To chyba ta moja radość mnie nie ominie. Ale jeszcze potrzeba czasu i to mnie trochę demotywuje. Już naprawdę długo się staram z tym rysowaniem i już długo nie wychodzi mi tak jak bym chciał. Postęp jest, ale jeszcze nie każda praca jest zadowalająca i nie raz wychodzą spore gnioty. To właśnie jest takie zniechęcające, chociaż i tak wyraźnie zrobił się progres. Jestem trochę zmęczony ogólnie życiem, że na wszystko trzeba sobie zasłużyć ciężką pracą, wysiłkiem, a gdyby tego było mało, to końca nie widać. To mnie tak przytłacza. Nie ma po prostu miejsca, spokoju by odpocząć. Ciągle jest presja, że czas mija. Jeśli w tych momentach pozwolę sobie na nic nieróbstwo, to znowu wszystko się odwlecze. Jakoś nie mogę tego przetrawić, bo nie zrobię wtedy żadnego postępu. Czuję się jakby ten się w ogóle nie dokonał i że trzeba jeszcze mnóstwo pracy, żeby coś się ruszyło do przodu, to bardzo kiepskie uczucie wiedzieć, że wszelkie starania idą na marne. Wystarczyłoby się wyluzować. Mnie się to nie udaje. Tylko na chwilę łapię satysfakcję, gdy coś wyjdzie lepiej. Następnego dnia znowu jest ten sam ból jakbym miał wszystko zupełnie robić od początku jakby nie było żadnego posunięcia się na przód w moich rysunkach, a przecież to nie prawda, że wszystkie są do bani. Widzę to, ale nie czuję… Jest jeszcze jedna kwestia związana z moim niezadowoleniem. Mianowicie chodzi pewnie o palenie tytoniu. Pamiętam, że byłem bardziej skory do pozytywnej refleksji, gdy kiedyś rzuciłem palenie i nie paliłem przez jakiś czas. Jakiś wtedy bardziej wesoły byłem. Może to właśnie to mnie demotywuje. Może to to, bo wtedy byłem bardziej spokojny i zrelaksowany. Sen był bardziej wyrazisty, odpoczynek w nocy dawał więcej. Pamiętam, że też i wtedy uprawiałem biegi, bo też trochę popalałem, mimo że biegałem. W ogóle moje całe życie kręci się wokół używek i nie jestem jakimś typem sportowca… Chciałbym jednak wrócić do biegania, mimo że to nie było łatwe, ale wtedy miałem inną dietę, więc teraz powinno było by być lepiej w tym temacie. Palenie mi to wyklucza, bo nie ubiegnę długo, a zaraz złapałbym zadyszkę i nie byłoby mowy o bieganiu. Dlatego plusów rzucenia jest kilka: lepsze samopoczucie, większa elastyczność, większy spokój wewnętrzny, możliwości sportowe, bardziej pozytywne nastawienie. Tego ostatniego mi trochę właśnie brakuje. Dlatego chciałbym już być w momencie, gdy mój organizm już by choć trochę odżył. Na szczęście przez jakiś ostatni czas kupowałem tytoń bez chemii. Przynajmniej tak go reklamowali. W porównaniu z tym chemicznym to odnoszę wrażenie, że aż tak bardzo jak tamten to mnie nie ciągnie. Chwała Bogu. Może wreszcie uda się to zdradzieckie świństwo rzucić. Boję się po prostu o moje płuca, że dostanę nowotworu… Matce już powiedziałem, żeby mi nie pożyczała pieniędzy, gdyż wydałem te ostatnie, które miałem, a były już przeznaczone na tytoń. Rozmyśliłem się z tym chyba wreszcie. Gdyby udało się przetrzymać te trzy tygodnie bez palenia, mój organizm by odżył i byłoby super…
Płuca mnie bolą od zmniejszonej ilości nikotyny we krwi, ale lepiej, żeby bolały, bo miałbym wtedy wrażenie, że coś się jednak dzieje tzn. że jest postęp, bo nikotyna znieczula ten efekt… Najlepiej byłoby przespać ten czas. Trzy tygodnie snu powinno było by mi zrobić dobrze.
Jeszcze nie tak dawno brakowało mi porządnej dawki snu, tak jakby noc nie wystarczała i jakiegoś dopalacza było za mało. Teraz jest trochę inaczej. Myślę, że gdy chemia mózgu się zmieni, nie będę mieć kłopotów ze zbyt małą ilością energii, a przy tym mógłbym wtedy rozważać, co mógłbym zrobić jeszcze i gdyby warunki psychiczne na to pozwalały, to rzeczywiście mógłbym być wydajniejszy.
Już na oczach czuję, że coś zaczyna się dziać, już zaczynają zachodzić mgłą. Mam nadzieję, że to nie będzie bardzo uporczywe działanie tego niedostatku nikotyny i przestawianie się mózgu na nowe tory… Byłem dziś na dworze i zrobiłem prawie 6000 kroków, to wcale nie dużo biorąc pod uwagę moją obecną kondycję i że nie byłem sam, ale musieliśmy dość szybko wracać.
Szybko się uwidocznił we mnie brak nikotyny. Już czuję jak się moje ciało mocno rozleniwiło, a mózg wpadł w pewien zamglony stan jakby relaksu. Nie zamierzam w ogóle iść po tytoń. Zamierzam zobaczyć, co się stanie później. Czy te stany będą trwały długo i czy będą uciążliwe? To mnie ciekawi. Na razie je testuję. Czuję się mocno zdekoncentrowany, ale to i tak jest mnie uciążliwe niż było na tytoniach rasowanych chemią. Chyba niedługo zacznę czuć się znacznie lepiej. Taki ma być efekt i może uda mi się wytrwać do tego momentu, oby, bo palenie jest dla mnie co najmniej bezsensowne. Jeszcze fajnie byłoby się w tym czasie czymś zająć, ale to nie takie proste, bo już same oczy mi uciekają jakby chciało im się spać. To może potrwać kilka tygodni. Dobrze, że zostałem o tym uprzedzony przez jedną ze stron internetowych na temat rzucania palenia. Mogłem sobie przez to rozważyć, czy chcę to wszystko przechodzić, czy jest sens i takie tam. Mogłem się po prostu zastanowić, czy chcę rzucać palenie. No, wybór jest mój: święty spokój albo ryzyko nowotworu i nie chciałbym się łudzić, że może nie będę czegoś miał paląc dalej, ale też za jakiś czas powinny zacząć objawiać się korzyści zaprzestania palenia. Jeszcze całkowicie nie odstawiłem, jeszcze nie, ale już mocno ograniczyłem to palenie, zatem już jego br zaczyna na mnie działać. I dobrze, im wcześniej tym lepiej. A razie nie jest tak bardzo źle. Czuję, że w płucach mnie ssie trochę, też nieco bolą, ale to jest jeszcze do przetrwania, bo to takie dosyć delikatne. Na razie proces rzucania palenia liczę od wczoraj od południa, bo wtedy skończył mi się tytoń. Może się ten proces trochę przedłużyć ze względu, że jeszcze łapię dwie trzy chmurki z opalania rurek, ale to tylko by trochę odetchnąć od tego ciągłego przymusu odczuwania dyskomfortu, raczej nic poważnego. Mgła mózgowa się uwidoczniła. Jest ona teraz w mniejszym jednak nasileniu niż po odstawieniu cukru… Wziąłem sobie magnez z witaminą z grupy B, żeby trochę ponieść moją motywację na cokolwiek, bo ta jednak zaczęła już trochę spadać. Bóle w płucach chyba znaczą, że organizm się oczyszcza, bo ja paliłem to nic nie czułem. Pamiętam, ile motywacji miałem, gdy byłem w okresie, gdy nie paliłem. Moje tworzenie było wtedy bardziej spokojne, precyzyjne, mimo że bardzo trudnych rzeczy nie robiłem jeszcze, ale czułem przy tym pewną satysfakcję. Właściwie nie wiem, dlaczego zacząłem znowu palić po tym jak już raz rzuciłem. Wiem tylko, że byłem wtedy w psychozie i kolega mnie zapytał, czy lubię palić papierosy… Nie wiem, może pomyślałem, że to dla mnie nie jest szkodliwe? Raz stałem przed klatką paląc i matka mnie się pytała po co to robię, ja jej odpowiedziałem, że mi to nie szkodzi. Opowiedziałem tak zupełnie nie mając świadomości, że to i tak jest i też dla mnie szkodliwe. Wymyśliłem sobie wówczas jakiś sposób palenia, że jak będę palił tak czy siak to rak mnie nie dosięgnie… No, na szczęście oprzytomniałem od tego sposobu myślenia i jestem w jakiejś fazie rzucania. Właśnie zdaje się, że jest przedwiośnie, a ktoś powiedział, że to dobry czas na rzucanie… Może tamta osoba rację, bo to oczekiwanie na coś lepszego niż zima jest bardzo motywujące, że wiosna i cieplej ma być tuż tuż, więc te zmiany nastroju mogłyby przyjść wraz z odstawieniem zgubnego nałogu, by w ten sposób dwa razy silniej odczuć wiosnę…
Już po czwartej, więc się obudziłem. Nie mogłem wytrzymać jakoś tej porannej chemii we mnie, więc się najarałem i poczułem, że teraz to już mogę zacząć coś robić. Trochę to niepokojące, bo nie wiem, czy ja się kiedyś od tego nałogu oderwę. Zrobiłem sobie kawy, przejrzałem jeden z portali i natrafiłem na jedno nazwisko, które mnie zainteresowało. Gościu maluje naprawdę co najmniej profesjonalnie, nawet nie wiedziałem, że w Polsce mieszkają tak zdolni twórcy, o ile to prawda, bo w Internecie sporo się różnych cudów widzi i aż oczy nie raz bolą od oglądania tego wszystkiego…A co ja mogę począć dla siebie? Trochę to zachęcające, że można pięknie tworzyć po jakimś czasie ćwiczeń, ale czy mi się w ogóle coś chce dzisiaj zaczynać? Jeszcze jest ciemno, jeszcze czuję się rozespany, to jeszcze niezbyt dobra pora dla mnie. Pewnie by wyszło coś nie do przyjęcia i znowu bym się frustrował, że tyle lat nauki, a tu znowu taki gniot… Nie lubię tego uczucia. Ale od czasu, gdy koleżanka tłumaczyła mi, żebym poszedł do jakiejś szkoły minęło już trochę i mimo wszystko postęp się też dokonał. Czasami faktycznie coś wyjdzie nie tak, ale to raczej już sporadycznie na tle innych prac, więc jestem spokojniejszy. Co tam szkoła jak i tak samemu trzeba to wszystko zrobić. Nikt za mnie nie narysuje kolejnego portretu. Strasznie mi się nie chce czuć tego że znowu coś może nie wyjść, a takie odczucie we mnie jest. Dlatego się spieszę i z tego powodu popełniam błędy. Chciałbym to wszystko jednak szybko nadrobić, a tu nie ma drogi na skróty.
Jestem już stary jak na swój wiek. Ale co tym chcę zaznaczyć? Że może powinienem umieć więcej i lepiej? Takie myśli nie raz krążą we mnie, że w tym co robię jeszcze nie jestem dostateczny, ale robię to robię, więc za jakiś czas powinno przyjść uczucie spokoju. Już się ono po części pojawia, więc jest to etap ukojenia po żmudnej drodze porażek… Trochę lepiej z takim podejściem wychodzą mi moje prace, a może po protu technicznie nauczyłem się bardziej i jestem spokojniejszy, że nie jestem na samym końcu. Wczoraj wystawiłem ofertę jedną na portalu sprzedażowym. Tam mam swój sklep. To bardzo pozytywna wiadomość, że mogę już próbować swoich sił w sprzedaży grafik. Na razie mam tylko dwie oferty sprzedaży, ale myślę by zwiększyć, tylko muszę zrobić odpowiednie prace. Nie mogę używać do tego czyichś prac nawet w części, dlatego mam tylko dwie oferty, bo te są w całości moje. Jeszcze ktoś by sobie rościł prawo do praw autorskich, a tego nie chcę… Inna sprawa jest z pozwoleniem na obrót niekomercyjny, tu nie ma problemu…
Początkowo rysowanie było dla mnie testem cierpliwości i trwało to bardzo długo, teraz mam trochę inne podejście do tego. Jest we mnie więcej spokoju, gdy to robię, więc prace mogą być lepsze. Jest jakaś chęć we mnie tworzenia, ale to raczej jest motywowane tym, że chcę za wszelką cenę stać się niezależny finansowo czy mentalnie od tego co mi proponuje rynek pracy. No, może nie za wszelką cenę, ale cierpliwość też jest ceną. Ta była wystawiana na próbę, jednak z powodu frustracji otaczającymi mnie warunkami nie poddałem się. Nie to, że mam źle w życiu, bo wszystko mam co mi jest niezbędne do przetrwania, tylko chodzi o to, że bardzo źle znoszę pracę na etacie. Po tym jak tworzyłem graffiti czułem, że mogę więcej, ale moje zdolności przez uzależnienie od narkotyków nie rozwijały się zupełnie. Popadałem w zapomnienie, a pamiętałem, że graffiti było dla mnie czymś, co można by nazwać sposobem na życie. Wiązałem z tym nadzieje, że może kiedyś coś z tego będzie. Narkotyki to pokrzyżowały. I może dobrze, że tak się stało, bo w przeciwnym razie może wcale nie zauważyłbym, co dla mnie ważne i nie miałbym do czego wracać. Ta depresja, że tak to ujmę powodowała dużą frustrację, że nie mogę być tym kim chciałem. Dzięki wytężonej pracy odnajduję spokój w sobie i to, co naprawdę ważne… Rysowanie. To mój sposób na życie, bo daje mi nadzieję na szansę dla siebie, na widzenie mojego świata inaczej niż dotychczas. Może faktycznie szkoda, że wszystko się tak ułożyło, że dopiero późno zacząłem starać się o fach w ręku, ale lepiej późno niż wcale. Inni mają znacznie gorzej, choć może wcale tego nie zauważają… Tak sobie myślę, że rysowanie, zdolność przerzucania tego co widzę na papier może mi się w przyszłości przydać do innych technik, które mogłyby być zauważone. Trochę nie chcę robić graffiti i nie wiem, czy w ogóle, ale np. murale to już inna historia, jednak musiałbym być do tego naprawdę dobrze przygotowany. Tak najbardziej jednak czekam na wiosnę…
Dobrze by było teraz wyjść na dwór na słoneczną, ciepłą pogodę, ale takiej nie ma zbytnio, bo wciąż jeszcze jest na minusie temperatura. Chciałbym po prostu poczuć się zrelaksowany bardziej niż jestem, bo tego mi jeszcze trochę brakuje. Chociaż mając na względzie mój stan sprzed kilku miesięcy, to to się poprawiło. Dziś jestem bardziej rześki niż byłem wtedy. Brakuje rzeczywiście takiej beztroski jaka to panowała we mnie kiedyś, co też po części wiązało się z tym, że nie martwiłem się o swoją przyszłość. Miałem to jakby w swoim poczuciu, że wszystko będzie dobrze. Przez długi czas jednak nie było. Teraz też rysunek wykonany przeze mnie daje mi jakieś prawo do relaksu, wcześniej trochę martwię się. To ważne dla mnie, żeby ten był w jak najlepszej formie, ale też chciałbym mieć luz, pewien komfort psychiczny, że nie spieszyłoby mi się do osiągnięć, dobrych wyników. Teraz z tym rysunkiem to trochę jak na wyścigi. Nie to, że mam mało czasu, ale może jednak mam go mało. W sytuacji, gdy się znajdę bez pieniędzy chciałbym już mieć na tyle opanowany rysunek by móc z tą umiejętnością coś zrobić w celu zdobywania pieniędzy. Nie wiem na co ja czekam. Ciągle nie mogę się przełamać, żeby zacząć szkicowanie. Po prostu wiem, że w takim stresie wyjdzie kiepsko, a poza tym trochę mi się nie chce, bo mam ten ważniejszy priorytet, żeby się zrelaksować. Konflikt we mnie i to już nie pierwszy raz. Nie wiem jak go rozbroić. Na razie na dwór nie pójdę, bo jest zbyt wcześnie. Poza tym jest dosyć zimno, a nie o to i chodzi by marznąć. Do tego jeszcze ludzie teraz gonią do pracy, a nie na spacery, więc to jeszcze nie pora by wyjść. Nie jestem gotowy…
Mam prawo być z siebie dzisiaj dumny, bo udało mi się jednak porysować i to jeszcze przed wyjściem na spacer. To mi dodaje skrzydeł, mimo że rysunek nie do końca jest udany. Jestem jednak zadowolony z niego, bo już jakieś podobieństwo nawet całkiem wyraźne do modela uchwyciłem. To już jest ten progres. To jest to o co mogłoby mi chodzić, żeby to pogłębiać. Myślę, że następne rysunki sprawią, że się upewnię w moich umiejętnościach na typ etapie rozwoju…
Nuda mnie złapała. Co to oznacza?
Jakoś przetrwałem. Wyrzuciłem cały tytoń i inne śmieci jakie miałem. Zrobiłem przy okazji nieco porządku w pokoju. Nie chce mi się już nawet pisać. Jakiś rozkojarzony się zrobiłem. Fajnie byłoby zapalić, ale nie zamierzam chodzić do kiosku. Zupełnie mi się nie chce i mam na to wywalone. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Co najwyżej gazetę można kupić, a z tytoniu trzeba się już wyleczyć…
Teraz dla mnie chwile próby, bo obudziłem się od 3:30 i już nie śpię. Wczoraj wcześnie spać poszedłem. Sen nie był uciążliwy. Nadal mi się palić chce nieco, ale może uda mi się powstrzymać głód. Nic na to nie biorę, żadnych tabletek, ani tez plastrów itp. Wszystko na sucho. Bo już miałem dosyć, że to nie działa, to jeszcze brałbym jakąś chemię. Jak nie palić to nie palić. Bardzo mnie nie ciągnie, trochę jednak czuję chęć zapalenia… Jestem teraz trzeźwiejącym palaczem. Na pewno nie zapaliłem dwanaście godzin, może góra trzynaście. Wytrzymać tak trzy tygodnie i będzie sukces. Może nawet mniej niż trzy, bo po trzech już powinno chyba nawet całkowicie odpuścić. A dziś mnie trochę telepie i ciągnie do tytoniu, ale nie ma. Wyrzuciłem wczoraj wszystkie fifki, zapalniczki, resztki itp. Nie ma. Trochę to w kiepskim momencie zrobiłem, bo najpierw trochę zapaliłem, więc byłem pod wpływem. To najgorszy moment na zmiany, bo człowiek czuje się silny. Ale jakoś nie chciałem dłużej czekać by oczyścić teren. Akurat na dzień kobiet powinienem się już zupełnie inaczej czuć. Domyślam się, iż będę mógł mieć więcej mocy, cierpliwości i pogody ducha. Do tego będę mógł się zastanawiać, czy zacząć uprawiać sport czy jeszcze nie… Na pewno będzie zdecydowanie lepiej być wolnym od nałogu tych tylu wydatków. Niby nie dużo, bo ja tylko pięć paczek po trzydzieści gramów miesięcznie wypalałem, ale to i tak już solidny pieniądz. W skali roku to już dość sporo. Ale mi i tak najbardziej będzie pewnie płuc.
Rzeczywiście trochę wczoraj jadłem więcej niż, gdy normalnie paliłem, ale taki głód jest też do utrzymania w ryzach. Najgorzej to się obawiam, że głód nikotynowy się zwiększy drastycznie, bo ten co mam nie jest taki wielki i zdaje się do opanowania. Tak sobie myślę, że to za sprawą braku chemii w tym tytoniu…
Już 4:44, a ja nie mam co robić. Czekam aż mi ten stan minie związany z zatruciem organizmu paleniem… To jeszcze trochę potrwa. Na razie nie chcę się niczym zajmować, bo muszę być czujny, żeby niczego nie przegapić. Chyba strach tak działa przed wzmożeniem się skutków ubocznych. Trudno cokolwiek rozstrzygać, ale trzeba być czujnym by w razie co wiedzieć co zrobić. Wczoraj np. wziąłem ten nieszczęsny magnez z witaminą z grupy B, żeby poczuć się trochę lepiej. Dziś jeszcze nie muszę, ale w razie co jest to jakieś rozwiązanie. Już dwa razy mnie kusiło by iść do śmietnika i wyciągnąć moje resztki do palenia. Na razie tego nie zrobiłem. Są zawinięte w folię, więc pewnie im się nic nie stało, ale tak sobie pomyślałem, że zaprzepaszczę część z trzynastu godzin niepalenia, więc się jakoś na razie powstrzymałem. Nie jest ten głód też taki duży jak na chemicznych tytoniach, co mnie oczywiście trochę dziwi. Jest to jednak do wytrzymania. Potem powinno być lepiej. W mózgu powinienem zacząć odczuwać odpust i być może że dreszcze, ale na pewno jakąś lekkość. Tak, tak powinno być i fajnie by było tego stanu doczekać. Właśnie najlepiej, gdyby dopamina i co tam jeszcze naturalnie się tam wyregulowały i nie potrzeba by było ich w ogóle w jakikolwiek sposób stymulować. To by było dobre. Potrzebowałbym tylko tego co niezbędne do życia. Oszczędnie dla organizmu i dla portfela. Szkoda, że człowiek jak ja budzi się z tym dopiero mając czterdzieści parę lat. Ktoś mógłby powiedzieć, że dobrze że w ogóle, ale tak sobie teraz myślę, że sporo przez ten czas niezagospodarowany straciłem.
Trochę to męczące wstać tak bardzo rano jak ja dzisiaj. Byłą godzina 3:30, gdy się obudziłem. Nie ma w tym czasie co robić, zwłaszcza, gdy się jest na głodzie i trzeba swój stan monitorować… jest 6:25 i jest jasno, więc jest jakiś punkt zaczepienia, że człowiek może zacząć coś tam sobie działać. W ciemnościach to raczej wydaje się niemożliwe, bo np. nie chce budzić lokatorów…
Teraz można pomarzyć. Jak już tytoń zejdzie ze mnie, ta cała nikotyna, substancje smoliste itp., to zapewne stanę się aktywniejszy, a być może optymalnie aktywny. Czuć nieco wiosnę w powietrzu i choć ma jeszcze być śnieg, to chyba już niedługo go będzie. Nastraja to bardzo pozytywnie, bo w czasie ciepłej pogody więcej można odpocząć od ciągłego zalegania w domu. Zatem i pewnie trochę moje rysowanie się może rozwinie, ale to jeszcze muszę poczekać. Nagła fala optymizmu mnie pokryła. Szybko już jednak odchodzi. Coś tam pewnie zrobię dla siebie, gdy mój stan się ustabilizuje. Nie muszę się już o to martwić, bo tworzenie już mam trochę jednak wdrożone w życie. Myślę tylko, że to przez nikotynę tak mi się nie chce i odbiera mi siły. Zatem czekam tego cudownego dnia, kiedy to będę wolny od tego typu rewelacji.
Najgorzej tylko, że teraz wszyscy będą się kręcić, a nie chcę ich spotykać w takim moim stanie. Pewnego dnia nawet sobie myślałem, że fajnie by było, gdyby ludzie zniknęli, mimo że kiedyś miałem z tym związaną paranoję, że naprawdę tak się stało…
Przez chwilę zapomniałem zupełnie o głodzie. Coś innego mnie wówczas zainteresowało. Jakiś bank robi konkurs, pewnie wygra jakiś syn albo raczej nawet córka prezesa. Ostatnio trochę słyszałem o ustawianych konkursach, więc chyba nawet nie ma sensu brać w nich udziału, tylko klepać swoją robotę dalej, bo ta prędzej do czegoś w życiu może zawiedzie niż taki konkurs, ale przyjemnie pomyśleć, że można wziąć udział. Kiedyś nie byłbym w stanie tego zrobić. Moje zatrucie organizmu narkotykami było bardzo duże i trudno było podjąć jakąkolwiek decyzję, z którą czułbym się dobrze. Zazwyczaj tylko refleksja popychała mnie na przód, a nie realne odczucie, że tak będzie fajniej. Jakieś wspomnienie o tym, że na dworze jest fajniej pozwalało mi w to wierzyć, że będzie jeśli wyjdę, więc wychodziłem z nadzieją bez odczuwania jednak satysfakcji.
22-23 godziny bez ani jednego bucha z tytoniu itp. Nie ciągnie tak bardzo, mimo że jakiś dyskomfort jest. Myślę sobie jednak o czasie, kiedy dyskomfortu nie będę czuł i nie będę zagrożony rakiem, ani zawałem itp. Myślę sobie o czasie jak zrobi się cieplej, słońce będzie fajnie grzało, a ja będę wdzięczny za każdą chwilę wolności i czasu jaki poświęciłem na naukę rysunku. Dziś też trochę porysowałem, mimo że trochę mi się nie chciało i mogłem już spokojnie odpuścić. A myślę, że jednak będę więcej rysował, gdy uzależnienie tytoniowe odpuści. Chyba z czystej wewnętrznej radości, motywacji, celebracji chwili… Na razie się nie nadwyrężam. Wtedy też nie będę, po prostu zakładam lepiej spożytkować ten czas mając więcej siły, energii i będąc bardziej aktywnym. Poszedłbym już na dwór, ale w obecnym stanie to nie wiem, czy się za chwilę nie zmęczę takim chodzeniem, wstałem wszakże o trzeciej trzydzieści i też nie z bardzo mam pomysł po co miałbym iść. Pieniędzy mam mało. Jakiś potrzeb specjalnie też nie mam. Nie wiem, co by tu kupić za 38,05 zł. Nawet nie chce mi się zachodzić do sklepu.
Przeszedłem się dość spory kawałek. Dwa razy więcej niż zazwyczaj. Spotkałem kolegę z dawnych lat. Ja mu powiedziałem trochę o sobie, a on o sobie nic i poszedł.
Spacer mi się jednak podobał. Jest interesująca pogoda. Jeszcze nie jet całkowicie ciepło, ale zimno tez nie. Może jeszcze śnieg będzie, ale już co raz bliżej wiosny…
Jednak nie zapaliłem od 24 godzin i ten stan mnie cieszy, bo już pierwszy krok mam za sobą i mimo że nie brałem żadnych specyfików antynikotynowych, to nie ciągnie mnie prawie w ogóle do palenia. Nawet zadowala mnie ten stan, że już tyle nie palę i że nie jest to jakoś mocno uciążliwe. Czasami tylko mam odruch, że zaraz zapalę. To się dzieje np. gdy mam iść z kuchni do swego pokoju… Ale jest to do opanowania.
Wkurzam się, bo jest druga w nocy, a ja już jakby wyspany, a czuję, że będę zmęczony, jeśli nie pośpię jeszcze ze dwie godziny. Stany przejściowe. Strasznie tego nie lubię. Myślałem, że będzie lepiej, że sen już się unormuje. Jednak nie, jednak trzeba jeszcze czekać. Na razie nie jest tak źle, bo nie muszę chodzić do pracy, więc to mnie nie ogranicza. Może parę dni i się wszystko wyrówna… Mam już swój wiek, więc u mnie to może trochę potrwać zanim organizm się przyzwyczai. Ale czy się wyspałem? Chyba lepiej niż poprzednich nocy, no, al teraz jest taka różnica, że nie palę. Nie miałem jakiegoś specjalnie głębokiego snu. Trochę w dzień się przeżarłem w wyniku odstawienia nikotyny, więc tego też trzeba by pilnować.
Generalnie cieszy mnie to niepalenie, niezależność… Nie odczuwam irytujących skutków ubocznych, więc mam nad tym jakieś panowanie. To mi się podoba. Jeszcze dziś i jutro i oskrzela powinny zacząć chłonąć odpoczynek. Tak piszą w internetach. Jeszcze tylko trzy tygodnie i już nie będzie mnie ciągnąć do palenia. Teraz już też tak bardzo nie ciągnie, ale jeszcze trochę czuję nieprzyjemny stan.
Przydałoby się wyspać, bo w dzień dobrze jest coś robić niż tylko wegetować. Muszę dać sobie jednak ten margines błędu, że to jeszcze się we mnie wszystko reguluje. Trochę chyba od tych witamin jestem taki przestymulowany. Tak mi się wydaje. Na razie będę je jednak brał, bo jeszcze to budzenie wczesne mnie tak nie męczy…
Trochę męczy ta bezsenność, bo wiem, że już jestem mało produktywny, a za dnia będzie pewnie jeszcze gorzej. Musi mi się ten sen jakoś wyregulować. Zmiany dietetyczne, rzucenie palenia to główny czynnik wpływający na moje pobudzenie… Tak mi się przynajmniej wydaje… Trochę znudzony jestem. To jest mój stan wyjściowy. Tu należałoby zastanowić się nad jakimiś zmianami, ale już nie ma pomysłu, a na siłę nie chcę się przyklejać do poduszki, bo to męczące. Nie potrzebuję rozwiązania na już. Mam jeszcze trochę czasu i ten komfort, że nikt mnie nie ponagla.
Najgorzej jest chyba rano tuż po przebudzeniu, bo jak dotąd zmieniałem sobie chemię mózgu tym jednym czy dwoma buchami, a teraz tego nie mam. Tak się zastanawiałem, że czegoś mi tutaj brakuje, że jestem wyspany, że już nie mógłbym spać, a brakuje czegoś specyficznego i trochę mną rzucało, że nie mam co zapalić, że to koniec z paleniem. Jakoś jednak przechodzę do porządku dziennego. Wiem, że jestem tylko wystawiany na próbę. Jeszcze nie dotknąłem całkowitej rekonwalescencji potytoniowej. Muszę wiedzieć jak się będę czuł. Z resztą nawet jakby nie było różnicy, to lepiej też jest nie palić. Tak sobie myślę, że już nie chcę w życiu w ogóle palić. Możliwe, że to moja abstynencja do śmierci. Nawet lepiej by tak było. To nie chodzi o to, czy wytrzymam, tylko, czy palenie jest mi potrzebne i czemu mi tak naprawdę służy? Wygląda na to, że robię ostateczny porządek ze swoim życiem, jakiego dużo ludzi chyba nawet nie bierze pod uwagę w swoim życiu. No, ja mam chyba naprawdę farta. Najpierw z tą dietą jakaś zmiana przez zupełny przypadek. Teraz tytoń bez chemii pozwala mi łagodnie skończyć z długoletnim nałogiem. Nic tylko się cieszyć, ale taki fart to już aż zadziwiające, bo to, że wyszedłem z narkotyków to tez fart, ale z tytoniu kilka razy rezygnowałem już i zawsze wracałem. Narkotyków się jednak przestraszyłem. Strasznie szybko przez nie straciłem zdrowie. Dużo pieniędzy potrzeba było, żeby je brać. Ja zarabiałem mało, a moja rodzina do bogatych nie należy… Przygody. Dobrze, że to tylko tak się skończyło… Łukasz i parę osób jeszcze np. nie żyją. Ciekawe, czy mieli szansę poznać życie w jego pięknej odsłonie czy tylko jego maskę? Ja teraz wracam do samopoczucia jakie miałem, gdy jeszcze niczego nie brałem, ani nie paliłem tytoniu. To jest taki duży wewnętrzny spokój. Nie wiedziałem kiedyś, że to stracę tak łatwo i tyle pracy będzie mnie kosztować powrót na właściwe tory. Już powoli traciłem nadzieję. Myślałem, że to całe moje życie: dzieciństwo, narkotyki, choroba. Ale odradzam się. Późno, ale zaczynam czuć się szczęśliwy. Dobrze odżywiony, trzeźwy i nie palący. Mam szansę jeszcze zbudować coś w tym życiu interesującego. Właśnie o te chęci chodziło. Wcześniej leżałem tylko w łóżku z myślą, że już mi wszystko jedno i że już pewnie tak pozostanie…
Chyba czuję jakiś niepokój w związku z wchodzeniem w głębszą fazę odtruwania się po odstawieniu nikotyny. Nie to, że chce mi się palić, tylko ten stan jest dziwny i chciałoby się go czymś zredukować lub zamienić. Zaraz zjem sobie jakiś porządne śniadanie, wezmę witaminy i powinno pomóc. Ostatnio pomagało zajęcie się czymś. Przy tym zapominałem o głodzie nikotynowym… Z narkotykami nie byłoby tak łatwo…
Dwa dni minęły odkąd nie palę i czuję się już inaczej. Serce trochę ma lepiej i płuca, mimo że czuję się trochę otruty… Trochę zmęczony jestem, ale jest na pewno gdzieś w głębi lepiej. Już nie czuję tej presji, że znów palę i nic się nie zmienia. Teraz będę wolny. To pewne. To bardzo cieszy, bo przybędzie energii, stabilności i spokoju wewnętrznego oraz siły. Będę mógł bardziej skupić się na tym, co dla mnie ważne – na rysunku. Dzisiaj zrobiłem dwa. Mógłbym trochę więcej, ale nie wiem, czy mi się chce, a jak miną mi już te wszystkie stany, to będę wiedział i odpowiedź będzie raczej pozytywna. Owszem, czasami będę mógł być zmęczony, ale to będzie raczej wieczorem, bo teraz będę lepiej dotleniony, dlatego nie powinienem czuć już tak tego zmęczenia, nudy, bezsensu… Myślę, że to nikotyna stwarzała we mnie takie poczucia i pewnie się nie mylę.
Generalnie jest ok, tylko już mi się spać chce, a jest przed dziewiętnastą. Zrobiłem dziś więcej rysunków, dwa z nich wyglądają nieźle jak na moje oko. Nie są rewelacyjne, ale to chyba wina tego, że nie mam okularów. Muszę sobie jakieś chyba zrobić. Na razie poczekam aż nikotyna i inne badziewie ze mnie zejdzie. Kupiłbym sobie spodnie i koszulki. Mam nawet pieniądze, ale to większa misja, bo te są u matki. Mam spodnie kupione przed paroma miesiącami, ale są dużo za duże. One były dosyć spore, a ja jeszcze sporo schudłem.
Zapaliłbym, to by mi przejaśniło się w głowie, ale czekam na przejaśnienie bez wspomagaczy…
Zapowiada się nudny dzień. Nie podbity nikotyną. Dziś to chyba będzie żałośnie. Jeszcze kilka takich tygodni, a myślałem, że będzie mijać. Dziś niedziela, to nawet się można z lekka na wszystko wypiąć…
Wystarczy będzie przetrwać te wszystkie stany do końca i będzie można z nową energią wziąć się za wszystko, co chciałoby się robić. To fajne rozwiązanie tej długo niepokojącej mnie sytuacji. Dziś jeszcze czuję, że nie jestem w stanie ogarniać po kolei wszystkiego. Jeszcze czuję się nieco zdekoncentrowany. Może jest tak dlatego, że dopiero co się przebudziłem.
Chyba lepszy sen jakościowo tej nocy był. Budziłem się kilka razy w nocy. No, ale jakaś drobna zmiana zaszła, bo sen chyba nieco pogłębił się oraz jego treść się uwypukliła. Teraz wszystko jest inaczej. Motywacja już nie będzie punktowa, a jednostajna, rozciągająca się na cały dzień lub jego większość. Wiem to, bo już tak miałem. Potrzebowałem wtedy niewiele odpoczynku za dnia, żeby dalej działać z radością i pełną werwą… Teraz jeszcze jest to wzmocnione przez dietę. Nudny jest tylko dzień bez planu, przez gapienie się w portale goniąc za czymś ciekawym. Lepiej sobie samemu ten świat ustawiać by był ciekawy. Ludzie chyba w wielu przypadkach więcej narzekają niż faktycznie coś robią, że to nie daje rezultatów. Mi nie zawsze wychodzi jeszcze to, czego chciałbym się nauczyć. Robię to już bardzo długo. Na początku musiałem mierzyć się z frustracją, że w ogóle nie umiem i bezsilnością, że nie wychodzi. Trwało to bardzo długo. Pewnego dnia coś mi wyszło lepiej. Trochę z przypadku, trochę się starałem. Byłem z tego bardzo dumny.
Największym wyzwaniem dla mnie w rysunku jest przełamywanie negatywnych emocji. Przyjąłem swego czasu zasadę, że zrobię w jednym dni tylko jeden rysunek tak jak będę potrafił i więcej nie. Zajmowało to około godzinę. Myślałem sobie, że to idzie tak ugryźć i tak faktycznie było. Po roku mój poziom prac wzrósł, a stres związany z rysowaniem zmalał. Dziś mam większą swobodę w tym co robię. Dziś więcej prac wychodzi lepiej niż kiedyś. Nadal muszę jednak nad tym pracować by były takie jak ja sobie tego życzę. Tu pojawia się pewna satysfakcja, że skoro udało się dojść do tego miejsca, to naiwnością byłoby myśleć, że w dalszej drodze z rysunkiem będzie inaczej. To bardzo budujące. Pozwala mi myśleć o sobie jako kimś kto być może stanie się niezależny, a pewnie będzie realizował interesujące mnie pomysły, które może będą przyjmowane z otwartością. Takie myślenie motywuje do dalszej pracy i rozwoju tego, co już się zaczęło. Włączam sobie niekiedy muzyczkę ludzi młodszych od siebie i patrzę na ich dokonania szlifując rysunek. To stawia mnie w grupie tych młodych z pasjami i chęcią do tworzenia. Czuję wtedy, że jestem ich częścią. To zawsze chciałem być w takiej grupie, no i mam to przez Internet…
Na początku rysowanie nie było dla mnie pasją. To była bardzo ciężka praca, którą niejednokrotnie odstawiałem do kąta. Dopiero teraz przychodzi to zamiłowanie do rysowania, po kilku latach zmagań z tym. Opłaca się jednak rysować, mimo przeszkód, bo może nawet będę mógł zrezygnować z myśli o etacie, gdyż rysowanie otwiera przede mną spore możliwości.
Dotlenienie to jest jednak spory bonus do tego wszystkiego. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach chyba nawet szczególnie artyści są zagrożeni chemicznymi używkami, a są one tak silne jak jeszcze dotąd w naturalnych warunkach nie były. To, co się dzieje obecnie w USA zakrawa o pomstę do nieba. Tam króluje fentanyl. W Rosji natomiast tzw. „krokodyl”. Gówna jakich mało. Ludzie się niestety w to pakują. Artyści są szczególnie tu narażeni, bo od wieków jest to środowisko szczególnie, a przynajmniej było związane z narkotykami, co nie znaczy, że jak się zacznie brać to będzie się artystą. Artysta bierze się z szeregu wykonanej pracy, a nie pod wpływem substancji. Nic nowego się nie wymyśli będąc naćpanym. Trzeba mieć wiedzę.
Dobrze, że większość tych wszystkich rewelacji mnie ominęła. Wpadłem tylko w amfetaminę i sqna najgorzej. Reszta narkotyków, które brałem jakoś mnie tak nie pochłonęła…
Człowiek chyba nie może mieć wszystkiego i ja nie wiem nawet, czy mogę mieć zdolność dobrego rysowania, bo jeszcze jestem daleko w tyle, a ciągle mam problemy z odpoczynkiem. Niby to wina odstawienia tytoniu, ale co jeśli niekoniecznie. Męczące to, bo chciałbym się wyspać te osiem godzin, a spałem tylko cztery. Niby noc jeszcze długa, a ja nie czuję potrzeby zaśnięcia, mimo zmęczenia. W takim stanie nie będę mógł pracować w dzień, jeśli się nie prześpię. Strasznie mi przykro z tego powodu… Życie ciągle mi się nie udaje, ciągle stawia mi przeszkody, jakbym nie mógł wybrać czegoś przez co mógłbym się zrelaksować. To jest mi najbardziej potrzebne, a zwłaszcza w nocy. Było już dobrze. Już się naprawdę dobrze wysypiałem. Przynajmniej w śnie czułem się bardzo dobrze i co, i znowu to samo. Nie chcę pieniędzy, nie chcę wsparcia, chcę się poczuć dobrze, chociaż jeszcze raz w życiu i wiedzieć chciałbym dlaczego to tak wszystko jest.
Może jednak zostanę ochroniarzem. Nie wiem, nie obchodzi mnie to kim będę. Chcę się tylko czuć dobrze… Może za dużo chcę.
