Niezadowolenie

Jestem z siebie niezadowolony. Taki zbieg okoliczności. Niektóre rzeczy były nie tak jak powinno być. To drobnostki. Doprowadziły mnie jednak do tego, że przez długi czas odczuwałem w sobie jakiś brak. To było niezadowolenie z siebie. Dopóki sobie nie uświadomiłem tego czułem brak i chęć by odkryć to jako coś, co mogłoby być poza mną np. w jakiejś książce o motywacji, bo nieuświadomiona myśl, że jestem niezadowolony z siebie powodowała odczucie blokujące mnie w ważnych aspektach rzeczywistości i trzeba mieć naprawdę dużo siły by pomimo tego odczucia, tej pustki, braku działać na wysokich czy tez na normalnych obrotach. Kiedy uświadomiłem sobie to uczucie w postać myśli, że jestem z siebie niezadowolony poczułem od razu przestrzeń w tym miejscu, ulgę, że chyba odnalazłem tę cząstkę, której tak usilnie szukałem i którą tak usilnie starałem się wypracować. Tak, chciałem być z siebie zadowolony, ale mentalnie nie wiedziałem czym to jest. Chciałem to czuć, a w tym miejscu czułem brak i to mnie prowadziło do rozwoju, bo nie poddawałem się, gdy np. postanowiłem, że będę biegał. To samo dotyczyło innych dziedzin życia. Od razu, gdy myśl doszła do głosu, że to chodzi o to, że jestem niezadowolony z siebie, od razu skoncentrowałem się na moich osiągnięciach i skonfrontowałem to z nimi, więc zauważyłem, że nie mam za bardzo powodu by być z siebie niezadowolonym. Może dlatego teraz to uczucie ze mnie zeszło, a nie wiedziałem czego dotyczyło, tylko w tym miejscu odczuwałem brak w sobie. Teraz już chyba będę mógł spać spokojnie, bo pomimo że jest trzecia w nocy, to czuję się pełniejszy. Jeszcze nie wszystko zrobiłem, co mógłbym zrobić… Jeszcze muszę poradzić sobie z paleniem tytoniu. Moja wewnętrzna istota jednak uznała, że to już czas by uświadomić sobie brak, który mną powodował. Zastanowiłem się nad tym zanim do tego doszło, bo już przerobiłem naprawdę sporo i nie wiedziałem, gdzie mam dalej szukać. Brak mi doskwierał dalej… Przyszło olśnienie, a wraz z nim jakby mi ktoś ciężar we mnie zneutralizował. Już mam plany jak tę siłę wykorzystać i na pewno nie będę jej eksploatował niepotrzebnie, a raczej chciałbym się starać, żeby wykorzystać ją do pracy nad tym, co mi w życiu będzie przynosić korzyści. Teraz mógłbym zacząć przemyślenia na temat planu działania, bo chciałbym kilka rzeczy wdrożyć w swoje istnienie… Muszę się jednak przed tym najpierw dobrze wyspać, bo teraz jestem wyspany tak średnio, bo spałem sześć godzin pewnie nawet nie całe, a była druga w nocy, gdy wstałem… To niezbyt dobry styl życia, zwłaszcza, że wczoraj nażarłem się czekolady i to chyba insulina mnie tak przebudziła wcześnie. Na to mam jednak radę, tego się akurat nie boję, bo z mojej strony jest to przetestowane przeze mnie, co zamierzam zrobić. Dieta i posty. To mi dobrze zrobi. Nawet samo to, że przed chwilą poszedłem do łazienki i zobaczyłem swoją twarz już mi dało do myślenia, bo już nie spojrzałem na nią niejako z poziomu braku, a raczej z poziomu chęci tego jak chciałbym by moja twarz wyglądała. To było samonapędzające, bo mam twarz jaką mam, ale chciałbym wyglądać lepiej, co powoduje, że chęci do uprawiania sportu, czyli biegania we mnie rosną. Moja twarz jest dla mnie motywacją, a nie przeszkodą, z którą nie da się nic zrobić albo jest to ciężkie. Powoli da się rozbujać tę materię. Na tym właśnie polega prawdziwa motywacja, że się chce i wie się jak to zrobić i nie chodzi tu o spektakularne efekty od razu, bo wszystko przyjdzie w czasie, a to nieuniknione.

Nie wiem, co moje życie ma wspólnego z rysowaniem, skoro podświadomie sobie zawsze myślałem, że to mi w niczym nie pomoże. Może dlatego nie mam tak dużo zadowalających mnie prac, ale ciągle pracuję nad tym. To ciągle wydaje się wydłużającą nieskończonością, jednak ta praca i osiągnięcie zadowalającego efektu może się przydać. To jest bardzo dobre w moim wyobrażeniu o przyszłości, że będę miał wybór bycia w pracy na etacie lub na swoim i raczej wybiorę swoje zajęcie, bo daje mi pewną perspektywę wolności. Sporo ludzi zajmuje się tym co łatwe, a rysunek przynajmniej dla mnie taki nie jest. Ktoś mi powiedział, że jeśli będę zajmował się tym co łatwe, to muszę wiedzieć o tym, że duża jest w tym konkurencja, bo dużo osób to robi. Miał rację, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w tworzeniu rysunków, mimo że mógłbym kupić sobie np. rzutnik i je z niego kalkować. Nie robię tego. Zamiast tego tworzę rysunki metodą tradycyjną i tu jestem z siebie zadowolony, bo daję sobie perspektywę i możliwości na nie tylko rysowanie na małych formatach, ale na tych, które dla rzutników są już niedostępne. To mi bardzo pomaga myśleć o swojej przyszłości jako kogoś kto jest jeszcze bardziej niezależny poprzez swoją wytrwałość. Trzeba mieć trochę samozaparcia, dyscypliny ny coś realizować konsekwentnie. To jest trud, to jest decyzja o podjęcia tego zadania i wytrwaniu w nim, pomimo niesatysfakcjonujących wyników. W dłuższej perspektywie czasowej można mówić o tym, że to się opłaca. Trzeba mieć jednak tego bezwzględne wyobrażenie jaka przyszłość czeka człowieka i co z tym może zrobić, gdy już osiągnie obrany sobie cel. Rozwoju nie ma końca… Najgorsza jest sytuacja dla mnie, w której człowiek dopiero poznaje życie i nie ma nad nim czy nad sobą panowania i bezgranicznie konsumuje nie zastanawiając się nad tym co dalej, nad przyszłością, ale tak na poważnie. Bo jakieś tam próby realizacji się są, jednak to zamyka się raczej w sferze marzeń, skoro organizm jest młody, wydolny i jeszcze wiele może. Ja na szczęście obudziłem się w wieku około trzydziestu lat. Coś nie pozwalało mi tak pozostawić marzeń swemu losowi. Zacząłem szukać. Co dla mnie ważne może nie do końca odkryłem, ale też się tu jednak już mogę mylić. Może byłbym kimś innym, gdybym się czegoś dawno temu nie przestraszył. Może robiłbym coś zupełnie innego, może bardziej odpowiadającego moim predyspozycjom fabrycznym. Na pewno nie żałuję, że zacząłem rysować i mimo że to nie jest dla mnie łatwe zadanie, to szereg różnorakich wątpliwości mam już za sobą. Może to nie było przemyślane do końca realizacja tego zadania, a myślę, że po prostu nie znana była mi praca nad czymś takim, do czego jak się wydaje można nie mieć cierpliwości. Zapadłoby pytanie: do czego bym miał? Wszystko wydawało się podobne w trudności. Próbowałem paru rzeczy i jednak zdecydowałem się rysować. To jednak ze względu na to, że kiedyś robiłem graffiti i lubiłem to robić, a nie ze względu na to, że przychodzi mi to łatwo. Kiedy mam zamiar robić ćwiczenie z rysunku, zawsze dopadają mnie wątpliwości, że może by tak sobie odpuścić choćby na ten jeden raz, ale zaraz albo też równolegle pojawiają się inne, mające myśli tego typu, że jak nie wykonam zadania to nie pójdę z tematem na przód i wydaje mi się ciężkie to ćwiczenie, bo sporo jest do zrobienie. Czasem robię sobie przerwę i np. przez kilka dnie w ogóle nie rysuję. Ten czas jest też potrzebny by pewne emocje, schematy mózg zdołał przyswoić sobie i jest pewien postęp, bo emocje, które na początku były bardzo zniechęcające już mają mniejsze natężenie. Nie stało się to jednak od razu, że one zmalały. To była nieustanna praca i konfrontowanie się z nimi na nowo. Nadal jestem w dużej części niezadowolony ze swoich prac, jednak jakiś nawet ten najmniejszy postęp, który się jednak dokonał powoduje, że to zajęcie z biegiem lat staje się dla mnie co raz bardziej sensowne… Na początku to była jednak walka z materią, walka ze mną w środku i z oporem kartki i ołówka. To nie było łatwe. Teraz już jestem bardziej przyzwyczajony do tego, że może nie wyjść tak jak chciałbym, żeby to mogło wyglądać, co chciałbym zrobić. Czasami jest jednak lepiej i te momenty też są ciekawe, chciałoby się ich więcej i to dojmujące uczucie, kiedy ich nie ma mimo starań. Myśli się wtedy w wątpliwościach: czy to w ogóle ma sens? Jednak, gdy efekty przychodzą człowiek staje się bardziej spokojny o przyszłość swojej pracy. Już jest wtedy bardziej wdrożony w to, że postęp przychodzi jak kropla po kropli nawaniająca pustynię. Oczywiście może są ludzie bardziej predysponowani do rysunku, jednak pewnie zawsze w pewnym momencie stoi za tym ciężka praca, że coś na tym polu zaczynają osiągać…

Dziecinada te moje myśli, teraz czuję jak uczucie niezadowolenia zalewa mnie i powoduje irytację. Znowu nie mogę się przez ten mur odrętwienia przebić, ale zatrzymuję się, bo to już nie tylko samo odrętwienie, a myśl z nią, że to z powodu, że nie jestem z siebie zadowolony. No, mogę być. Z uczuciami i emocjami mam takie doświadczenie, że te po jakimś czasie przechodzą, pojawia się nowa jakość. Chciałbym być nieziemsko bogaty… Chciałbym, żeby wszystko mi przychodziło bez trudu. Nie wiem tylko, czy to wszystko bym tak doceniał. Powinienem się wziąć za robotę, a nie gdybać o tym jak tu przechytrzyć żołądek, żeby bez jedzenia być sytym… To by jednak było piękne, gdyby tak wciskać klawisze i tekst by przychodził sam do głowy albo jakieś, inne ciekawe historie w rysunkach. Co prawda nie może tak się stać w moim przypadku od razu, ale daję sobie szansę na to, że przynajmniej bym umiał zrealizować te rysunki, o których bym pomyślał, że mógłbym je zrealizować, bo uczę się rysowania, więc jestem bliżej marzeń niż nie jeden człowiek na tej ziemi. Najgorzej jednak jak zgubi się sens, wtedy rzeczywiście zostaje tylko kawał ugoru, który trzeba zagospodarować, żeby wydał plony. I teraz znów przychodzi na myśl, że może jednak by sobie przerwę zrobił, bo jeszcze czegoś brakuje. Wakacji, izolacji od rutyny domniemanego środowiska, kawy z cukrem. Nie chciałbym jednak brać za coś odpowiedzialności, że czas się zmarnuje jedynie, a ja nadal pozostanę w tym samym miejscu jedynie z długiem. Śniły mi się dziś pieniądze rano, że czułem się wykorzystywany. Niby miałem dużo pieniędzy, ale to było jednorazowo, a ktoś też chyba nie chciał ode mnie dużo. Jednak czułem ten stres, który mi się nie podobał, że widzą ile mam, że obiecałem im w myślach całą pizzę. To było dla mnie dużo za dużo. Musiałem się stamtąd ewakuować. Udało mi się to, choć myślałem, że przed tym zgubię wszystkie pieniądze, które wówczas miałem.

I tak kawa już jest, tylko po to, żeby się dobić. Dla eksperymentu zrobiłem ją z cukrem. A niech mam… To ci wakacje… Kawa zamiast wakacji. Przynajmniej, chwila relaksu może też niezastąpiona. Myślałem o czymś innym. Mieć garaż na własność to byłoby coś, bo w takim miejscu mógłbym czuć się bardziej oddzielony od rodziny, nie lubię tu z nimi przebywać, czuję się osaczony. Czuję presję ze strony rodziny, że muszę coś zacząć robić, a jednocześnie moje, własne działania były kiedyś dla nich bezsensu. Czyli to wygląda na to, że ja miałbym się podporządkować do ich oczekiwań w stosunku co do tego jaki zawód, jaką szkołę dobrać i gdzie będę pracować. Szkoda, że tak późno to do mnie dociera do świadomości, że nie miałem wspierających mnie w tym obszarze rodziców. No, ale cóż, chyba nie mogą być idealni… I tak mam lepiej niż wiele osób, nie mam co narzekać. Wszędzie wojny, a u mnie się zdrowie znacznie poprawiło. Ja uważam, że i tak mam w życiu fart.

Trochę czuję się zamulony po wczorajszej czekoladzie, chyba po niej. Niepotrzebnie tyle żarłem, choć i tak kiedyś zjadałem tego więcej. Dziś już tylko kawa z cukrem i nic więcej, żadnych węgli chyba raczej, no może jeszcze kromkę albo dwie chleba, nie więcej… Wszystko robię w imię tego by poczuć się dobrze na dłużej, a najlepiej na stałe… trzeba jednak odczekać pewien czas. No, już nie spieszy mi się na szczęście tak bardzo. Mam w sobie odrobinę cierpliwości, nie jestem taki z tego powodu rozdrażniony, że tylko szukam i szukam… Już tak bardzo nie szukam, już chyba muszę tylko po prostu dojrzeć w myślach. Trochę się zrelaksować spacerem i będzie chyba w miarę dobrze. Na pewno sen trochę poprawi moje samopoczucie, ale to wieczorem dopiero, bo teraz jest jeszcze rano. Ach, oszukali mnie stanowczo ludzie dawniej, dałem się im nabrać. Nie podoba mi się to moje niepowodzenie, może bez tego miałbym ciut więcej wszystkiego i spokoju w sobie.

Strasznie jestem wydrenowany dniem dzisiejszym, a nic dzisiaj przecież nie robiłem. Czuję się trochę gorzej niż zwykle. Jest efekt jedzenia cukru: senność. To winowajca moich natrętnych myśli i odczuć o niepowodzeniu moim – cukier, którego wczoraj i dzisiaj też trochę żarłem. Do tego dochodzi przebudzenie nocne. Muszę się skupić na tym by jakoś dojść do normy w ciągu jakiegoś czasu, nawet nie wiem jakiego. Czułem się dziś strasznie samotnie, opuszczony, tylko to pisanie daje mi na tę chwilę ulgę. Chciałbym mieć już spokój ze wszelką nauką czegokolwiek i mieć już jakieś jej rezultaty. Jedynie co dobrze dziś wyszło to portret i zakupy. Nawet się specjalnie nie starałem, a wyszedł ten portret całkiem ok… Już od samego rana czułem się trochę mniej dobrze. To wczorajsze pofolgowanie z węglami dało mi popalić. Czy ja jestem tak zmarnowany życiem, że już nie mogę żyć inaczej tylko w ścisłej diecie, żeby jakoś jeszcze dawać sobie radę? Trochę mnie to przeraża ta cała starość, bo widzę, że organizm mam zapuszczony nieco już, a przecież jeszcze nie jestem taki bardzo stary i mógłbym wyglądać lepiej. Mógłbym, ale oczywiście, gdybym się postarał. Nie lubię się starać, całe życie musiałem się starać i kontrolować. Właśnie od tego chciałbym mieć spokój. Wysyłają mnie na terapię, a psychiatra mówi: „nie, pan ma organiczne uszkodzenie mózgu”, więc dlaczego renty tak mało, skoro nie nadaję się przez to pracy i nie chcą mi pomóc poprzez rozmowę z psychologiem? Tylko udręka z tymi lekarzami. Bardzo liczyłem na to, że psycholog, terapia może mi pomóc, a tu taki wał, nawet nie mam pozwolenia by tam iść. Może dlatego nurtuje mnie, że cofam się w rozwoju, może wszystko byłoby inaczej, gdyby mi pozwolono uczestniczyć w psychoterapii. Tak, można iść prywatnie, tylko mnie na to nie stać, bo nawet renta mi się już skończyła i czekam na ponowną komisję. Jest wielu ludzi, którzy odniosło sukces albo tylko tak o tym piszą… Nie wiem już sam co mam o tym wszystkim myśleć.

Słabo jest dzisiaj, nie wiem, czy tak sobie nie wmawiam, ale jest słabo, bo trzeba się rozbudzać. Ciągnie mnie do spania, ale spałem już dzisiaj dużo. Przygnębienie przyjdzie wraz z obudzeniem się ojca i matki. Nawet nie chcę tego upubliczniać. Dlaczego miałbym chować się? Dlaczego nie zacząć od tego, czego nie można, nie wypada robić? Wczoraj przykuło mnie przy medytacji. To już drugi albo trzeci raz tak mocno, jakby coś naprawdę nieprzyjemnego się działo pod spodem… To jest tak, że gdy człowiek czegoś nie może drętwieje, gdy mu się zakazuje, możliwe że tylko do momentu, gdy tego nie rozumie… Chociaż chyba nie… I tak toczy się życie, że człowiek by czegoś chciał, sam nie wie czego, a jak już wie, to spowalniają go mroczne myśli zapożyczone od innych. Dobrze, że już jakiś element jest wdrożony, który miałby to wszystko neutralizować. To znowu jakaś praca dodatkowa, ale przynajmniej może się rozmyślić nad tym wszystkim jako narzędziem, że coś jest przydatne, a coś w ogóle może nie… To tylko ich zdanie. Rzeczywistość może być inna, ale może być też i taka. Naiwne myśli z samego rana, że wszystko zależy od wkładu pracy… Napędzają człowieka, a przecież trzeba było zacząć znacznie wcześniej. Chociaż był taki, co zaczynał późno i mu się jednak udało może przez determinację. Jeszcze jak zwykle za wcześnie. Jeszcze chce się spać. Trzeba jeszcze parę rzeczy zrobić, uściślić, żeby cokolwiek się zachciało. Dziś miejmy nadzieję, że głodówka dla wyostrzenia bystrości umysłu, bo tej brakuje. Dla chęci, bo te małe. Tylko coś do picia. Ja nie mówię, że sama woda, bo to jeszcze nie ten etap, ale dziś miejmy nadzieję, że bez jedzenia i bez nokautującego głodu. Bo można to tak zrobić, że głód jest minimalny lub wcale się go nie czuje nie jedząc. Dobrze by było rozprawić się z myślami malkontentów, ale o też przyjdzie przez zdrową dietę, bo różnica się sama zaznaczy w byciu codziennym.

Można sobie gdybać z samego rana o wszystkim, kiedy sił i energii jest sporo. Może to tez nawyki jakieś wołają po sobie, że jednak się chce w jakiś sposób coś zamanifestować, mimo że jeszcze zbyt wcześnie. Gdybym miał tylko swoje miejsce, swoją kanciapę… Kawałek piwnicy, a najlepiej garaż, bo nie ma co się oszukiwać, w domu nie jest mi wygodnie. Czuję się tak przymuszany do bycia. Tam mógłbym się rozmyślić nad wszystkim. Tu muszę ciągle zachowywać czujność, więc jakiekolwiek inne myśli nie są dostępne. Jedynie rano, kiedy wszyscy śpią i kiedy na wszystko jest za wcześnie, pojawia się nadzieja, że jeszcze to i tamto można by zrobić. Dzień mija i jest nijak. Toteż głodówka by wytrzeźwieć od złogu jedzenia, które zapycha mózg i nie pozwala swobodnie myśleć. Coś trzeba zrobić. To się czuje, że coś jest nie halo, ale to już od chyba zawsze, a kiedy poczułem, że było inaczej, to mi teraz spokoju nie daje. I dobrze. Wiadomo, że chodzi o świadomość, że to tam się wszystko rozgrywa. Moja świadomość. Zatruta. Ciągle czegoś chcąca, a nie kreatywna. Ciągle jakaś praca nad nią by się wyzwolić z jakiegoś schematu. Może dieta wystarczy, może głodówka przyspieszy to co dieta może wyeliminować… Czas oczyszczenia… Potrzeba swobody mentalnej, swoich tajemnic bez rozdrapywania przez innych. Czegoś co jest tylko własne. Czegoś co się samemu buduje dla czegoś wielkiego, bo to jest najważniejsze, aby to było spektakularne, niekoniecznie widowiskowe i nie musi być dla wszystkich, może być tylko dla samego siebie, ale każdy musiałby mieć świadomość, że to potężne – tego mi trzeba. Tylko tak mogę poczuć, że żyję, inaczej jet to tylko wegetacja. Już samo skonstruowanie portretu tak jak było to wczoraj przejawia we mnie to uczucie zadowolenia. Inaczej czuję się niedostateczny. Moje życie wtedy traci sens. Jak długo to może potrwać? Do fascynacji czymś innym lub podobnym. Ale ta nie przychodzi i trzeba ją samemu, swoim działaniem wytworzyć. Tak, chciał ktoś coś na reprezentacyjny obiekt jako wizytówkę dla nas samych, chyba najlepiej byłoby się zesrać na tę ścianę, bo wszystko było tak przekłamane, że to gówno wylewało się z każdego miejsca, a nikt nie chciał tego nawet zauważyć, że to tak jest w istocie. Samooszukwianie się. Teraz została taka idiotyczna myśl, że trzeba być wielkim konstruktorem by zbudować świat. No, może nie trzeba być wielkim, ale żeby poczuć zadowolenie to już tak. No i tak, najlepiej jednak się myśli na dworze, nie wiem dlaczego. Tam nikt nikogo nie rusza pod tym względem jak miałoby się myśleć, więc to tylko tej swobody brakuje, a boję się, ze gdybym wszedł do budynku to znów wróciłby mi kaganiec. Nie chce się wtedy pracować nad niczym, bo człowiek jest zatrzymany w swoim własnym rozwoju. Teraz, co tu zrobić by się wyzwolić, by tego nie czuć, by myśli płynęły swobodnie? Może ktoś mi to tylko narzucił, że taks się dzieje. Może to tylko przez kiepską dietę nie mogę myśleć, a właściwie być kreatywnym. Coś tam się jeszcze przejawia w mojej głowie rano, ale jest to, co prawda jest, ale jest to zbyt delikatne jeszcze by mogło się nadawać na materię do uzewnętrznionej pracy…

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry
artysta.net - artystyczna strona Internetu
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.